P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Blog > Komentarze do wpisu
memorias mexicanas 1

[tytulem wstepu]


meksykanskie wspomnienia pisze troche z poczucia obowiazku. nie na sile, ale raczej zeby przypomniec sobie i utrwalic je na przyszlosc. od wyjazdu minelo juz kilka miesiecy, wiec wiele rzeczy najzwyczajniej wyparowalo mi z glowy, dlatego musze posilkowac sie zdjeciami, których przywiozlem kilka tysiecy. moj blad wynikajacy z lenistwa. zobaczymy... mam nadzieje, ze w miare pisania cos mi sie jednak przypomni.

[lecimy]

Kolejny wyjazd do Meksyku planowałem praktycznie od pierwszych dni na Wyspach. Tylko lekko przesadzając mogę stwierdzić, że ta perspektywa trzymała mnie przy życiu. Niestety, z róznych przyczyn, wyjazd był odkładany przez ponad dwa lata. W tym czasie udało mi się odwiedzić Maroko, Kubę, Turcję... i pewnie coś jeszcze, ale nie pamiętam;-) Ostatecznie, mając już wszystkiego dość, ustaliłem sobie nieprzekraczalny termin. Wrzuciłem propozycje trasy na forum meksykańskie i... nie mogłem się doczekać.

Szybko pojawiła się ekipa chętnych na wyjazd. Cała masa chętnych. Pełnych zapału... słomianego:-) Do końca dotrwała tylko Aśka. Nagle zaś pojawiła się Katarzyna, która troche desperacko poszukując kogoś, do kogo moglaby się podłączyć, znalazła mnie na forum. W ostatniej chwili, bez wiedzy i zgody kierownika wycieczki (w mojej skromnej osobie;-) dołączył Juan Victor vel Janusz - ojciec Katarzyny.

W tym składzie, 16. listopada ruszylismy. Aśka i ja z Londka, a nasi, jeszcze nieznani, towarzysze z Warszawy. Spotkanie i oficjalny wieczorek zapoznawczy nastapiło kilka minut przed północą na madryckim lotnisku Barajas [nota bene moim ulubionym lotnisku; nie dlatego, żeby czymś szczególnym się wyróżniało, ale dlatego, że nieodłącznie kojarzy mi się z wyjazdami do Ameryki Łacińskiej].



IBE 6401 - ulubiony lot z ulubionego lotniska:-)

Zbyt długi lot, jak wszystkie loty przez Atlantyk, przebiegł bez żadnych problemów i parę minut po siódmej, cudownie słonecznego sobotniego poranka wylądowaliśmy w Mieście Meksyk - najwspanialszym mieście świata. Na "dzień dobry" lekko skonsternowaliśmy meksykańskich celników, przedstawiając trzy różne wersje paszportów. Na szczeście nie byli zbyt dociekliwi i chwilę później mogłem zaspokoić głód nikotynowy i tłumioną przez cztery lata potrzebę poczucia zawrotów głowy wywołanych wysokością i niemożliwym zanieczyszczeniem powietrza. Takiego smrodu nie poczujecie nigdzie! (i to nie jest plagiat z Cejrowskiego zaciągającego się smogiem na szczycie Torre Latino;-)

[Querétaro]



Właśnie tam...

Miasto Meksyk, zgodnie z planem, zostawiłem sobie (i Dżoanie) na deser. Prosto z lotniska, po zjedzeniu horendalnie drogich tacos (o ile pamietam, 19 pesos za sztuke!!!) i pączków z budyniem, ruszylismy do Querétaro. Autobus Primera Plus - doskonale komfortowy - jedzie około trzech godzin i kosztuje 246 pesos [umówmy się, że, lekko zaokrąglając, 100 pesos to 10 dolarów].

Na miejscu byliśmy wcześnie. Mieliśmy więc dość czasu by zainstalować sie w hotelu i ruszyć w miasto, które z założenia miało stanowić jedynie alternatywę dla noclegu w stolicy. OK, wydawało nam się, że wszystko pójdzie gładko. W końcu przyjechaliśmy na wakacje, prawda?

Autoryzowana taksówka za 50 pesos dowiozła nas do wybranego na chybil trafił hotelu w zatłoczonym centrum historycznym. I tu pierwsze, niewielkie co prawda, zdziwienie - brak miejsc. Cóż... nie jedyny hotel w mieście.

Już bez pomocy, z bagażami na plecach, ruszyliśmy na poszukiwania jakiegoś lokum. Oczywiście oszołomione gorącym popołudniem (przypominam, ze jest 17. listopada), lekką egzotyką i urokiem kolonialnej architektury towarzystwo nie dostrzegało jeszcze zbierających sie nad horyzontem czarnych chmur. Kolejne dwa czy trzy hotele i... brak miejsc. Hmmm... Pewnie dlatego, że szukamy w centrum...

Postanowiliśmy podzielić się zadaniami. Kaśka i ja, jako ci, którzy "znają" hiszpański, dostaliśmy to łatwiejsze - znaleźć dwa wolne pokoje. Aśka i Padre mieli natomiast nie oszaleć z nadmiaru slońca i wrażeń czekając na nas przy Plaza de la Constitución.

Zadanie z pozoru łatwiejsze okazało się niewykonalne. Nie wiem ile hoteli, hosteli i pensjonatów odwiedziliśmy. Na pewno kilkanaście. Obdzwoniliśmy też te leżące na obrzeżach miasta. I nic!! W odruchu absolutnej desperacji zajrzeliśmy nawet do Grand Hotelu z pokojami za 2000 pesos, ale nawet stamtąd odeszliśmy z kwitkiem.

Dwa wyjścia: albo spimy na ławce w przytulnym Jardín Guerrero, albo jedziemy dalej, do San Miguel. Tylko jak przekazać tą smutną wiadomość wiedzącemu wszystko Juanowi Viktorowi i oszołomionej otoczeniem Aśce? Poszło łatwiej niż mogło się wydawać. "Nigdzie nie jedziemy! Szukamy dalej!" - oznajmił glosem nie znoszącym sprzeciwu Padre. No skoro taka decyzja, to szukamy. Na oślep. W informacji turystycznej dostaliśmy namiary na kilka hoteli, których nie było w "Pascalu". Niestety, i to naprawde przestalo być już zabawne, wszędzie słyszeliśmy to samo.




Chcesz zobaczyć więcej? Zajrzyj do galerii!

Po dobrych kilku godzinach i przy pierwszych objawach rezygnacji zaszliśmy do Mesón de Carolina, przy Calle Reforma, dosłownie kilka kroków od Plaza de la Constitución. Ale nie miejmy złudzen: brak wolnych pokoi. Jednak recepcjonista, dostrzegając wstępne oznaki załamania, z własnej woli zobowiązal się obdzwonić wszystkie znane mu hotele w mieście i wydrukowł nam kolejną listę adresów... [masz dość? to postaw się w NASZEJ sytuacji!]

Nikłym pocieszeniem był dla nas fakt, że recepcjonista co chwilę odprawiał kolejnch przyjezdnych. Tak to jest, gdy odwiedza się jedno z najbardziej zasłużonych dla historii Meksyku miast w długi weekend przy okazji rocznicy Rewolucji Meksykańskiej.

Nagle, choć z naprawdę dużą doza nieśmiałości, Najwspanialszy Recepcjonista Świata zasugerował, że może... o ile nie mamy nic przeciwko... jeśli nam nie przeszkadza... i jeśli rzeczywiście jesteśmy zdesperowani... że może jednak miałby pomysł na rozwiązanie naszych problemów, ale nie jest przekonany, czy bedzie nam to odpowiadało, bo to... szesnastoosobowa suita. Nasze poczatkowe przerazenie minęło, kiedy podał zupełnie niewygórowaną cenę: po 350 pesos na głowę. Każdemu przypadły po dwa ogromne łóżka, a do tego kuchnia, łazienka (po w sumie juz kilkudziesięciu godzinach podróży, wszyscy marzyliśmy o prysznicu) i sniadanie. Rewelacja!!!

Querétaro skazane było juz jednak na bardzo szybki spacer... i to głównie w poszukiwaniu miejsca na porządną kolacje i zimne piwko.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008, zfiesz

Polecane wpisy

  • Meksyk na zywo...

    Troche jakby mi sie zapomnialo o blogu i niestrudzonych i cierpliwych czytelnikach... Coz... Taka juz ze mnie leniwa bestia:-) Niewazne... Tak sie przyjemnie sk

  • memorias mexicanas 3

    [ Querétaro... jeszcze raz] Wraz z pierwszymi promieniami niedzielnego poranka, ze zdziwieniem odkryłem, że Kaśka i Padre zniknęli. "Czyżby tak szybko wymi

  • memorias mexicanas 2

    [ Querétaro... cd] Szybki spacer, nawet przy największym głodzie, musiał się przedłużyć. W końcu nie codziennie spaceruje się po Querétaro, tysiące kilometrów o

Komentarze
la_polaquita
2008/05/01 00:42:34
No masakra z tymi hotelami. ja bym chyba siadła i płakała. A co się w tym mieście działo, jakiś mecz czy festiwal czy po prostu sezon?? Zdjęcia super!
-
tierralatina
2008/05/01 00:52:29
Troche przesadziles tym najwspanialszym miastem swiata, ale niech Ci bedzie... Wazne, ze zaczales ponownie pisac! :)

@La_Polaquita: Hmmm... jakby Ci to powiedziec? Moze okulary powinnas zalozyc, albo przeczytac jeszcze raz. Uwaznie. Bo odpowiedz na Twoje pytanie w tekscie zfiesza jest. I rzeczywiscie jest to jedna z najgorszych meksykanskich dat na szukanie noclegu... ;-)
-
zfiesz
2008/05/02 08:18:06
@polaczka: no opcja usiasc i... tak juz zostac (na noc) byla brana pod uwage; queretaro jest piekne, czyste, spokojne i bezpieczne. ale zeby plakac? nie po to czlowiek jedzie na koniec swiata, zeby plakac;-) w kwestii "dlaczego" patrz komentarz tierry;-)

@tierra: od MOJEGO miasta wara!;-) jest najwspanialsze i... i juz!;-) bynajmniej nie chodzi mi o zbytki i atrakcje. najbardziej lubie wracac do domu moich znajomych w nieciekawej dzielnicy... szczegolnie wieczorem. no i oczywiscie coyoacan, ale tym razem jakos nie bylo za wiele czasu. spedzilem tam moze z piec godzin. moze otra vez? ;-)
-
Gość: kasiacita, *.zvid.net
2008/05/13 14:38:38
Jesteś genialny!!! Super opis:)))
muchos besitos :**
-
Gość: m-glowacki@guanajuato.com, *.internetdsl.tpnet.pl
2008/10/10 15:34:15
Super stronka. Moja zona jest z Leon, Guanajuato. Lecimy w grudniu. Do zobaczenie