P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Blog > Komentarze do wpisu
Skrzypek na... linii frontu.

Latynoskie kino rzadko, a przynajmniej zbyt rzadko, gości na naszych ekranach. A jeśli nawet, trafiają do nas superprodukcje (Amores Perros, Miasto Boga), lub filmy nagradzane na najważniejszych festiwalach. Chlubnym wyjątkiem jest Festiwal Filmów Latynoamerykańskich, ale to tylko potwierdzenie smutnej reguły.

Kino artystyczne, czy jedynie pretendujące do tej rangi, stanowi już absolutną egzotykę.

Dlatego cieszy, że filmy takie jak meksykański El Violin trafiają do dystrybucji w Polsce. Również na DVD.

Nie jest to produkcja najnowsza i miłośnikom kina zza oceanu znana (szczególnie, że reklamował go już tierralatina, czyli główny dostawca informacji i plotek z tamtych stron;-), ale do mnie, dziwnym trafem, dotarła dość późno.

Skromny, czarno-biały obraz, opowiada historię starego skrzypka Plutarco. Zbuntowaną wieś, w której mieszkał, wraz synem i wnukiem, zajęła armia, zmuszając ludzi do ucieczki do dżungli. Akcja była tak szybka i niespodziewana, że rebelianci, których jednym z dowodców byl syn Plutarco, nie zdążyli zabrać amunicji. Stary skrzypek, na własną rękę podejmuje desperacką i bardzo ryzykowną grę z wojskiem. Pod pretekstem doglądania swojego pola i w zamian za "koncerty" dla kochającego muzykę dowódcy, Plutarco codziennie odwiedza wieś. W drodze powrotnej do obozu gdzieś-w-puszczy, w futerale na skrzypce wywozi niefortunną amunicję.

Tak, bardzo po krótce, przedstawia się fabuła filmu.

Założeniem twórców filmu (a przynajmniej tak sądzę) było pokazanie sytuacji uniwersalnej. Akcja nie dzieje się w żadnym konkretnym miejscu, a rebelianci nie zostali nazwani. I choć trudno oprzeć się skojarzeniom z zapatystami walczącymi na południu Meksyku, równie dobrze można oglądać El Violin nie mając większego pojącia o historii i sytuacji w regionie.

W ten uniwersalny kontekst świetnie wpisują się też rozmowy dziadka Plutarco z wnukiem. Proste prawdy o życiu, przemieszane z ludowymi, indiańskimi legendami, czasem porażają (naiwną, to fakt) oczywistością, a wypowiadane zachrypniętym, spokojnym głosem staruszka, brzmią niesamowicie!

Tylko muzyki, co sugerowałby tytuł i fabuła filmu, nie należy spodziewać się najwyższych lotów. Plutarco (nota bene prawdziwy muzyk i aktor naturszczyk) nie jest wirtuozem. Jest starcem bez dłoni, samoukiem grającym własne interpretacje muzyki ludowej, ale robi to z pasją i miłością, a tylko to się liczy.

Polecam... ciekawym i wrażliwym.

piątek, 01 sierpnia 2008, zfiesz

Polecane wpisy

  • mowia na mnie ulica...

    Nie dam głowy, ale to chyba Marquez, w którejś ze swoich powieści napisał, że dziwka jest najlepszą przyjaciółką faceta. Nie wiem... nie znam się... Jednak Caye

  • !Viva la Vida!

    "Mam nadzieje, ze smierc jest radosna i ze nigdy tu nie powróce" [Frida Kahlo] Obejrzalem wczoraj wieczorem. Juz chyba po raz trzydziesty ósmy. I po r

  • Balkany zjednoczone... na planie filmowym

    Jest rok '87. Posterunek Jugoslowianskiej Armii Federalnej na granicy z Albania. Wsród kilkudziesieciu zolnierzy znalezc mozna przedstawicieli wszystkich narodo