P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Blog > Komentarze do wpisu
memorias mexicanas 2


[Querétaro... cd]

Szybki spacer, nawet przy największym głodzie, musiał się przedłużyć. W końcu nie codziennie spaceruje się po Querétaro, tysiące kilometrów od domu, w promieniach ciepłego, nieuchronnie zbliżającego się ku zachodowi... listopadowego słońca. Swoją drogą, to jeden z bardzo niewielu minusów Meksyku i ogólnie "krajów południowych" - zachody i wschody słońca są tu krótkie, szybkie i raczej mało widowiskowe. Ot... jakby ktoś włączał i wyłączał swiatło.

Querétaro, choć nie leży na głównych szlakach turystycznych... a przynajmniej nie tych z katalogów europejskich biur... zachwyca urodą. Jak większość kolonialnych miast, zabudowane jest parterowymi lub maksymalnie jednopiętrowymi budynkami w najróżniejszych, ale zawsze jaskrawych, kolorach. Na tym tle nawet plamy, odpadający tynk, czy zakratowane okna, obstawione donicami z dorodnymi kaktusami, wyglądają malowniczo i oryginalnie.


Kaktusy okienne

Praktycznie cała "starówka" miasta wygląda jak wycięta z folderu. Generalnie zadbana i czysta, momentami wręcz zadziwia spokojem i ciszą - zjawiskiem niezbyt powszechnym w rozkrzyczanym, roześmianym i pulsującym wszelką muzyką Meksyku. Rzecz jasna w niczym to nie przeszkadza, a nawet, na swój sposób, ułatwia aklimatyzacje;-)

Włócząc się w zasadzie bez planu, doszliśmy do najpiękniejszego (przynajmniej zdaniem znawców sztuki) barokowego kościoła w Querétaro - Templo de Santa Rosa de Viterbos. Fakt, budowla robi wrażenie. Pokryte srebrno-szarymi i czerwonymi kaflami ściany, wspierają powykręcane podpory, przypominające tak gotyckie kościoły, jak orientalne pagody. Wnętrza, jak zdecydowana większość kościołów meksykańskich, ociekają złotem, zadziwiają drobiazgowościa ornamentyki i wręcz przytłaczają bogactwem.


Templo de Santa Rosa de Viterbos

Zdecydowanie "biedniej", choć to słowo nie do końca pasuje, prezentuje się miejscowa, osiemnastowieczna Katedra. Schowana wśród normalnej zabudowy, nie wyróżnia się właściwie niczym szczególnym. Może poza surowością i prostotą wnętrza i nowoczesnymi, abstrakcyjnymi witrażami. Przyjemnie wyglądają też małe drzewa w ogromnych donicach, którymi obstawiono wysokie schody Katedry. Okolice Katedry słyną ze wspaniałych rezydencji. My zaszliśmy, po raz drugi, ale tym razem zupełnie turystycznie do Hotelu Hidalgo. Najstarszy hotel w mieście, ma fantastyczne, ogromne patio kipiące zielenią doskonale komponującą się z pomarańczowo-czerwonymi ścianami i podcieniami.

Kilka kroków dalej, przy Jardin Guerrero, tym samym, na którym wcześniej planowaliśmy nocować pod "pierzyną z gwiazd", zauważyliśmy przygotowania do jakiejś imprezy. Zasiedliśmy więc w pierwszej napotkanej knajpce, by w końcu coś zjeść. Dziewczyny i ja zamówiliśmy coś bezpiecznego. Chyba milanesę i jakieś fajitas z frytkami... W końcu wnętrzności też muszą się zaaklimatyzować;-) Padre, który chciał pokazać jaki z niego macho, zażyczył sobie nie-ważne-co-byle-ostre. Na początku dawał radę, twierdząc, że po prostu pyszności. Radość nie trwała jednak długo. O dokładce, "słodkości" jak sam twierdził, którą zapowiadał na początku, w połowie kolacji nie chciał już słyszeć:-)

Gdy Solem, albo innym lokalnym preparatem, gasiliśmy pragnienie, na skwerze zaczęły się występy. Okazało się, że impreza, to folklorystyczny hołd, dla jakiegoś wybitnego etnografa, który zajmował się badaniem ludowych tradycji regionu. Na scenie co kilka minut zmieniały się, głównie mlodzieżowe, zespoły, mniej lub bardziej widowiskowo prezentujące lokalne tańce. Zabawne, że większość całkiem urodziwych tancerek, przynajmniej o głowę przewyższała swoich partnerów. Pewnie to wynik jakiejś selekcji, ale tak czy inaczej wyglądało to śmiesznie. Jakby dziewczęta tańczyły z dużo młodszymi braćmi.


Familijnie...

Przy kolejnym skwerze - Jardin Zanea - dosłownie parę metrów dalej, załapaliśmy się na kolejną plenerową imprezę - Festivales para la Familia. Jak wynika z nazwy, impreza prawdopodobnie cykliczna. Tej soboty wartości rodzinne wychwalało kilkunastu starszych panów grających na gitarach i przyśpiewujących sobie barytonem:-) Odpuścilismy sobie...


Pieszczota dla zmysłów...

W drodze powrotnej do naszego z trudem znalezionego pokoju hotelowego, zaszliśmy jeszcze do El Rincón de los Sentidos (w wolnym tłumaczeniu Zakątek Zmysłów). Rewelacyjna knajpka z setką mniejszych i większych sal i fantastycznym patio z drzewem na środku. Tam wlaśnie, na wygodnych kanapach, się rozłożyliśmy. Tequila... Wiaderko Corony zasypanej lodem... La vida es un carnaval!:-) Tego dnia jednak, ekipa nie przejawiala szczególnej ochoty do zabawy. I choć to ja nie spałem od czwartku (przypominam, ze jest sobotnia noc), to dziewczynom włączyła się tęsknota za wyrkiem. Cóż... musiałem się poddać...

poniedziałek, 04 sierpnia 2008, zfiesz

Polecane wpisy

  • Meksyk na zywo...

    Troche jakby mi sie zapomnialo o blogu i niestrudzonych i cierpliwych czytelnikach... Coz... Taka juz ze mnie leniwa bestia:-) Niewazne... Tak sie przyjemnie sk

  • memorias mexicanas 1

    [tytulem wstepu] meksykanskie wspomnienia pisze troche z poczucia obowiazku. nie na sile, ale raczej zeby przypomniec sobie i utrwalic je na przyszlosc. od wyja

  • Akta w sprawie numer 1780/93-05

    "(...) 8 maja 1994 roku. Trzysta metrów od autostrady (...), znaleziono cialo okolo dziesiecioletniej brunetki o malym nosku, waskich ustach, drobnej twarz

Komentarze
Gość: nova, *.as.kn.pl
2008/08/05 13:16:26
No, nateszcie coś na co zapewne czekali, od dłużssego czasu, Twoi fani - ja napewno tak:)
Reminiscencje w Twoim wykonaniu są wyśmienite - proszę o kontynuację:)
Podjąłes już decyzję czy zanurkujesz w realizm magiczny czy zwycięzy pasja meksykańska? - jesień nie jest już tak odległa:)
-
zfiesz
2008/08/06 17:34:25
fani... uhm... niech będzie;-)

meksykańska relacja ciągle się pisze, a w zasadzie przepisuje, co, niestety, bardzo utrudnia jej pojawienie się na blogu:-) ale robię co w mojej mocy (sam się uśmiałem;-), żeby jeszcze przed tegorocznym wyjazdem znalazła tu swoje stałe miejsce.

jeśli chodzi o dylemat realizm vs. pasja, w tym roku wygrała psaja. pod koniec października jade na wschód i południe Meksyku. po pierwsze: jest ktoś, komu chciałbym pokazać ten kawałek świata:-) po drugie: w Villahermosa czeka na mnie ciocia Veronica, która bardzo się stęskniła; a po trzecie: jeszcze tam nie byłem:-) za jakiś czas wrzucę pewnie ilustrowany opis trasy.

Kolumbia musi poczekać do przyszłego roku. i to najprawdopodobnej do jego drugiej połowy. raz, że muszę się odpowiednio przygotować (przeczytać jeszcze raz całego Marqueza i wszystkich "moich" Colombianos;-) dwa: znalazłem rewelacyjne miejsce na wiosenny wypad... Socotra i Sanaa.
-
Gość: nova, *.magma-net.pl
2008/08/25 22:14:27
wiadomosci.onet.pl/1503661,2678,1,przeklenstwo_jemenu,kioskart.html