P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Kategorie: Wszystkie | Kino | Ksiazka | Kuba | Malta | Maroko | Meksyk | Muzyka | Podcasty | Stechlizna | Tierra caliente | Turcja | Zlewy
RSS
poniedziałek, 03 listopada 2008
Meksyk na zywo...

Troche jakby mi sie zapomnialo o blogu i niestrudzonych i cierpliwych czytelnikach... Coz... Taka juz ze mnie leniwa bestia:-) Niewazne... Tak sie przyjemnie sklada, ze wlasnie siedze sobie w kafejce w San Andres Tuxtla i pomyslalem, ze moze ktos ma ochote poczytac jak tu jest. Zapraszam: http://kolumber.pl/g/1268-Mexico...%20en%20vivo!

środa, 20 sierpnia 2008
grecka (foto)refleksja


co prawda do Grecji chwilowo (czyli przez kilka najbliższych lat) się nie wybieram, ale zupełnie przypadkowo ostatnio Grecja rzuciła mi się w oczy.

po pierwsze: takie oto piękne, zachęcające i w stu procentach trafne ogłoszenie znalazłem na jednym z biur podróży w moim miasteczku...

po drugie: w Grecji własnie "urlopuje" mój starszy braciszek i w ramach dzelenia się przeżyciami podesłał mi tę fotkę...

zdaję sobie sprawę, że to nic nadzwyczajnego, że to zwykła próba przyciągnięcia polskich klientów, których na świecie coraz więcej, ale mimo wszystko jakoś-tak się lekko uśmiechnąłem:-)

środa, 06 sierpnia 2008
memorias mexicanas 3

[Querétaro... jeszcze raz]

Wraz z pierwszymi promieniami niedzielnego poranka, ze zdziwieniem odkryłem, że Kaśka i Padre zniknęli. "Czyżby tak szybko wymiękli i podziękowali za współpracę?" - pomyślałem, a może nie wytrzymali mojego chrapania, na które tak skarżyła się Aśka? Wychodząc na przedśniadaniową fajeczkę, zauważyłem jednak, że wszystkie graty naszych towarzyszy zostały na swoim miejscu, więc pewnie wyszli sycić się wschodem słońca. I rzeczywiście, po chwili wrócili ze spaceru i mogliśmy iść na śniadanie.

Ja wiem, że smakowanie prawdziwej, lokalnej kuchni jest (i powinno być) nieodłącznym elementem podróżowania. Sam staram się do tej zasady stosować i nie jadam w maku czy innych burgerkingach będąc na końcu świata (btw. w maku nie jadam wcale:-) Ale na litość boską! Jajecznica ze smażoną fasolą i przesłodzony sok z pomarańczy? Dżizas! Toż to zbrodnia! Ale cóż poradzić, gdy człowiek głodny?

Na szczęście przy śniadaniu towarzyszyła nam wyjątkowo urodziwa Meksykanka, co trochę odwracało uwagę od mało apetycznej substancji rozlanej na talerzach. Na oko... mniej więcej trzyletnia i cała umorusana:-) Najwyraźniej zupełnie nie przeszkadało to małemu macho, jeszcze z pieluchą w portkach i grubej wełnianej czapce na głowie, ale już wyglądającemu jak rasowy gangster z LA. Adorował małą
chavite jak tylko się dało. Popisywał się, skakał, tańczył i na tyłku zjeżdżał ze schodów. Niestety, większe zainteresowanie wzbudzał w starszej części porannej, restauracyjnej widowni niż w tej, której chciał zaimponować. Mała księżniczka zdecydowanie bardziej skupiała się na jajecznicy, niż na absztyfikancie. Ehh... Amor es una perra:-)

Szkoda tylko, że nie zabrałem ze sobą aparatu. Parka była naprawdę przeurocza. Wiem, że Kaśka uwieczniła ich, ale, co skandaliczne, do dziś nie przesłała mi swoich fotek!



Convento de la Santa Cruz

Po raczej umiarkowanym zaspokojeniu głodu ruszyliśmy na kolejny obchód miasta. Tym razem, gonieni bardziej czasem, spacerując ulicą Reforma doszliśmy na Plaza de Fundadores, czyli Plac Założycieli, przy którym stoi Convento de la Santa Cruz - klasztor wybudowany w miejscu bitwy konkwistadorów z zamieszkującymi te tereny Indianami Otomi. W jej trakcie miał się objawić Święty Jakub przyczniając się do zwycięstwa Hiszpanów i nawrócenia tubylców. Wydarzenie to upamiętnia skromny pomnik stojący przed klasztornym kościołem.


Indianka sprzedająca (a przy okazji produkująca) rękodzieło

Jakoś umknęło nam, że właśnie jest niedziela i Meksykanie, jak wszyscy wiedzą naród silnie wierzący, pamięta, by dzień święty święcić. W kościele odbywała się msza, a sądząc po ilości gromadzących się na placu ludzi, sprzedawców wszelkiej odpustowej tandety i "małej gastronomii" w wydaniu lokalnym, kolejna miała rozpocząć się już wkrótce. Darowaliśmy sobie odwiedziny... tzn. dziewczyny wpadły na jakąś szybką zdrowaśkę... i pokręciliśmy się trochę pośród sprzedwców. W sumie bez rewelacji. Masa bezużytecznych gadżetów, trochę pirackich płyt i trochę rękodzieła oferowanego przez milczące Indianki, kategorycznie niezgadzające się na fotografowanie. Wszystko to w oparach gotujących się tamales, kukurydzy, rozmaitych miejscowych ciastek smażonych na głębokim tłuszczu, waty cukrowej i niezliczonej ilości owoców, które nam - przybyszom z Europy - ciężko byłoby nazwać, serwowanych na wszelkie możliwe sposoby. Ścieżkę dźwiękową niedzielnego popołudnia stanowiły zaś kolędy wydobywające sie z trzeszczących głośników, które z powodzeniem możnaby grać na imprezach tanecznych. Nie zabrakło też mojej ulubionej... choć na specjalne życzenie... mi burrito sabanero.

Nie da się ukryć, że jako turyści, w nie do końca turystycznym mieście, wzbudzaliśmy zainteresowanie. Głównie handlarzy oczywiście. Jeden z nich, na oko dziesięcioletni, podszedł do sprawy profesjonalnie. Kulturalnie się przywitał i...

- Skąd pan jest?
- Z piekła! Jestem diabłem.
- A nie kupiłby pan różańca? Jedyne dziesięć pesos...

Nie chciałem:-)

Z Plaza de los Fundadores, w dół Calle Independencia, poszliśmy szukać jednego z najbardziej znanych symboli miasta - Los Arcos - akweduktu wybudowanego jeszcze za czasów hiszpańskich. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na świeżo wyciskany sok z grejfrutów. Rozlany w woreczki foliowe, z wciśniętą w supeł słomką wywołał małą konsternację. ...ale nie zaszkodził.


Calle Independencia

Siedemdziesiąt cztery ogromne, kamienne łuki akweduktu, po których do dziś z odległości dwunastu kilometrów spływa do miasta woda, wyglądają nieco abstrakcyjnie przedzielając ruchliwą, kilkupasmową Avenida Zaragoza i sięgając kilkunastu, jeśli nie kilkudzieśięciu metrów. Niemniej - wrażenie spore. Tym większe, jeśli na Los Arcos spogląda się z miradoru - punktu widokowego - oddalonego o pięć minut marszu. Panorama z akweduktem na pierwszym planie, górami w tle i kolonialnym miastem gdzieś pomiędzy, to z pewnościa widok niecodzienny.


Los Arcos

Na tym właściwie zakończyliśmy zwiedzanie Querétaro. Nie licząc oczywiście bajecznie kolorowych uliczek w drodze powrotnej. Ale taki właśnie, jak pisałem na początku, był plan: wyrwać się z Miasta Meksyk zaraz po lądowaniu. Padło na Querétaro i było warto.


Gdyby ktoś się zastanawiał: tak powstaja bajecznie kolorowe uliczki meksykańskich miast:-)

Przed dalszą drogą zaszliśmy jeszcze na drugie śniadanie do najbardziej obskórnej jadłodajni (restauracja, bar, knajpa, a nawet take-away, to nazwy nijak nie pasujące do tego miejsca), jaką w życiu widziałem. Jestem pewny, że wszelkie służby - od sanepidu, po straż pożarną - zamknęłyby "to coś" po pierwszym rzucie oka. Nas skusiły jednak zapachy. Cudowne, wprost nie do opisania, zapachy pieczonego mięsa, smażonej cebuli i inne - bardziej egzotyczne i tym samym trudniejsze do zdefiniowania - wyziewy ulatniające się z garów z sosami. Mimo początkowych oporów, udało mi się przekonać Juanę i Padre, by jednak porzucili lęki i stosując się do najgenialniejszej zasady gastronomii - pełna ludzi knajpa, choćby najbardziej odpychająca, musi serwować pyszne i siłą rzeczy świeże jedzenie - skusili się na rozkosznie pyszną tortę z pieczonym mięsem, serem, setką innych dodatków i zajebiście ostrym sosem, za jedyne osiemnaście pesos. Delicje powiadam... DELICJE!!! Tylko Kaśka stchórzyła, twierdząc, że nadal jest najedzona po śniadaniu... PHI!!! Jej strata. Ogromna!

Kolejnym przystankiem było już San Miguel de Allende.
poniedziałek, 04 sierpnia 2008
memorias mexicanas 2


[Querétaro... cd]

Szybki spacer, nawet przy największym głodzie, musiał się przedłużyć. W końcu nie codziennie spaceruje się po Querétaro, tysiące kilometrów od domu, w promieniach ciepłego, nieuchronnie zbliżającego się ku zachodowi... listopadowego słońca. Swoją drogą, to jeden z bardzo niewielu minusów Meksyku i ogólnie "krajów południowych" - zachody i wschody słońca są tu krótkie, szybkie i raczej mało widowiskowe. Ot... jakby ktoś włączał i wyłączał swiatło.

Querétaro, choć nie leży na głównych szlakach turystycznych... a przynajmniej nie tych z katalogów europejskich biur... zachwyca urodą. Jak większość kolonialnych miast, zabudowane jest parterowymi lub maksymalnie jednopiętrowymi budynkami w najróżniejszych, ale zawsze jaskrawych, kolorach. Na tym tle nawet plamy, odpadający tynk, czy zakratowane okna, obstawione donicami z dorodnymi kaktusami, wyglądają malowniczo i oryginalnie.


Kaktusy okienne

Praktycznie cała "starówka" miasta wygląda jak wycięta z folderu. Generalnie zadbana i czysta, momentami wręcz zadziwia spokojem i ciszą - zjawiskiem niezbyt powszechnym w rozkrzyczanym, roześmianym i pulsującym wszelką muzyką Meksyku. Rzecz jasna w niczym to nie przeszkadza, a nawet, na swój sposób, ułatwia aklimatyzacje;-)

Włócząc się w zasadzie bez planu, doszliśmy do najpiękniejszego (przynajmniej zdaniem znawców sztuki) barokowego kościoła w Querétaro - Templo de Santa Rosa de Viterbos. Fakt, budowla robi wrażenie. Pokryte srebrno-szarymi i czerwonymi kaflami ściany, wspierają powykręcane podpory, przypominające tak gotyckie kościoły, jak orientalne pagody. Wnętrza, jak zdecydowana większość kościołów meksykańskich, ociekają złotem, zadziwiają drobiazgowościa ornamentyki i wręcz przytłaczają bogactwem.


Templo de Santa Rosa de Viterbos

Zdecydowanie "biedniej", choć to słowo nie do końca pasuje, prezentuje się miejscowa, osiemnastowieczna Katedra. Schowana wśród normalnej zabudowy, nie wyróżnia się właściwie niczym szczególnym. Może poza surowością i prostotą wnętrza i nowoczesnymi, abstrakcyjnymi witrażami. Przyjemnie wyglądają też małe drzewa w ogromnych donicach, którymi obstawiono wysokie schody Katedry. Okolice Katedry słyną ze wspaniałych rezydencji. My zaszliśmy, po raz drugi, ale tym razem zupełnie turystycznie do Hotelu Hidalgo. Najstarszy hotel w mieście, ma fantastyczne, ogromne patio kipiące zielenią doskonale komponującą się z pomarańczowo-czerwonymi ścianami i podcieniami.

Kilka kroków dalej, przy Jardin Guerrero, tym samym, na którym wcześniej planowaliśmy nocować pod "pierzyną z gwiazd", zauważyliśmy przygotowania do jakiejś imprezy. Zasiedliśmy więc w pierwszej napotkanej knajpce, by w końcu coś zjeść. Dziewczyny i ja zamówiliśmy coś bezpiecznego. Chyba milanesę i jakieś fajitas z frytkami... W końcu wnętrzności też muszą się zaaklimatyzować;-) Padre, który chciał pokazać jaki z niego macho, zażyczył sobie nie-ważne-co-byle-ostre. Na początku dawał radę, twierdząc, że po prostu pyszności. Radość nie trwała jednak długo. O dokładce, "słodkości" jak sam twierdził, którą zapowiadał na początku, w połowie kolacji nie chciał już słyszeć:-)

Gdy Solem, albo innym lokalnym preparatem, gasiliśmy pragnienie, na skwerze zaczęły się występy. Okazało się, że impreza, to folklorystyczny hołd, dla jakiegoś wybitnego etnografa, który zajmował się badaniem ludowych tradycji regionu. Na scenie co kilka minut zmieniały się, głównie mlodzieżowe, zespoły, mniej lub bardziej widowiskowo prezentujące lokalne tańce. Zabawne, że większość całkiem urodziwych tancerek, przynajmniej o głowę przewyższała swoich partnerów. Pewnie to wynik jakiejś selekcji, ale tak czy inaczej wyglądało to śmiesznie. Jakby dziewczęta tańczyły z dużo młodszymi braćmi.


Familijnie...

Przy kolejnym skwerze - Jardin Zanea - dosłownie parę metrów dalej, załapaliśmy się na kolejną plenerową imprezę - Festivales para la Familia. Jak wynika z nazwy, impreza prawdopodobnie cykliczna. Tej soboty wartości rodzinne wychwalało kilkunastu starszych panów grających na gitarach i przyśpiewujących sobie barytonem:-) Odpuścilismy sobie...


Pieszczota dla zmysłów...

W drodze powrotnej do naszego z trudem znalezionego pokoju hotelowego, zaszliśmy jeszcze do El Rincón de los Sentidos (w wolnym tłumaczeniu Zakątek Zmysłów). Rewelacyjna knajpka z setką mniejszych i większych sal i fantastycznym patio z drzewem na środku. Tam wlaśnie, na wygodnych kanapach, się rozłożyliśmy. Tequila... Wiaderko Corony zasypanej lodem... La vida es un carnaval!:-) Tego dnia jednak, ekipa nie przejawiala szczególnej ochoty do zabawy. I choć to ja nie spałem od czwartku (przypominam, ze jest sobotnia noc), to dziewczynom włączyła się tęsknota za wyrkiem. Cóż... musiałem się poddać...

piątek, 01 sierpnia 2008
Skrzypek na... linii frontu.

Latynoskie kino rzadko, a przynajmniej zbyt rzadko, gości na naszych ekranach. A jeśli nawet, trafiają do nas superprodukcje (Amores Perros, Miasto Boga), lub filmy nagradzane na najważniejszych festiwalach. Chlubnym wyjątkiem jest Festiwal Filmów Latynoamerykańskich, ale to tylko potwierdzenie smutnej reguły.

Kino artystyczne, czy jedynie pretendujące do tej rangi, stanowi już absolutną egzotykę.

Dlatego cieszy, że filmy takie jak meksykański El Violin trafiają do dystrybucji w Polsce. Również na DVD.

Nie jest to produkcja najnowsza i miłośnikom kina zza oceanu znana (szczególnie, że reklamował go już tierralatina, czyli główny dostawca informacji i plotek z tamtych stron;-), ale do mnie, dziwnym trafem, dotarła dość późno.

Skromny, czarno-biały obraz, opowiada historię starego skrzypka Plutarco. Zbuntowaną wieś, w której mieszkał, wraz synem i wnukiem, zajęła armia, zmuszając ludzi do ucieczki do dżungli. Akcja była tak szybka i niespodziewana, że rebelianci, których jednym z dowodców byl syn Plutarco, nie zdążyli zabrać amunicji. Stary skrzypek, na własną rękę podejmuje desperacką i bardzo ryzykowną grę z wojskiem. Pod pretekstem doglądania swojego pola i w zamian za "koncerty" dla kochającego muzykę dowódcy, Plutarco codziennie odwiedza wieś. W drodze powrotnej do obozu gdzieś-w-puszczy, w futerale na skrzypce wywozi niefortunną amunicję.

Tak, bardzo po krótce, przedstawia się fabuła filmu.

Założeniem twórców filmu (a przynajmniej tak sądzę) było pokazanie sytuacji uniwersalnej. Akcja nie dzieje się w żadnym konkretnym miejscu, a rebelianci nie zostali nazwani. I choć trudno oprzeć się skojarzeniom z zapatystami walczącymi na południu Meksyku, równie dobrze można oglądać El Violin nie mając większego pojącia o historii i sytuacji w regionie.

W ten uniwersalny kontekst świetnie wpisują się też rozmowy dziadka Plutarco z wnukiem. Proste prawdy o życiu, przemieszane z ludowymi, indiańskimi legendami, czasem porażają (naiwną, to fakt) oczywistością, a wypowiadane zachrypniętym, spokojnym głosem staruszka, brzmią niesamowicie!

Tylko muzyki, co sugerowałby tytuł i fabuła filmu, nie należy spodziewać się najwyższych lotów. Plutarco (nota bene prawdziwy muzyk i aktor naturszczyk) nie jest wirtuozem. Jest starcem bez dłoni, samoukiem grającym własne interpretacje muzyki ludowej, ale robi to z pasją i miłością, a tylko to się liczy.

Polecam... ciekawym i wrażliwym.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: