P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Kategorie: Wszystkie | Kino | Ksiazka | Kuba | Malta | Maroko | Meksyk | Muzyka | Podcasty | Stechlizna | Tierra caliente | Turcja | Zlewy
RSS
środa, 09 lipca 2008
Zanim spadnie deszcz...


Przy okazji czytania "Sahiba", przypomniał mi się chyba pierwszy, a jednocześnie jeden z ciekawszych bałkańskich filmów, jakie miałem okazję oglądać...



Zanim spadnie deszcz Milčo Mančevskiego z 1994 roku, to trzy, powiązane mniej lub bardziej luźnymi szczegółami, historie miłosne.

W pierwszej, zatytułowanej Słowa, Kiril (Grégoire Colin) - młody mnich - ukrywa w swojej klasztornej celi uciekającą przed jakimiś pseudo-partyzantami młodą Albankę. Miłość od pierwszego wejrzenia jest o tyle niezwykła, że Kiryl złożył śluby milczenia, a dziewczyna mówi tylko po albańsku. Gdy przeor klasztoru dowiaduje się o uciekinierce, z bólem, wyrzuca oboje. W trakcie ucieczki dziewczyna ginie z rąk... Albańczyków.

Twarze, druga historia, dzieje się w Lodynie. Anne (Katrin Cartlidge) - fotoedytorka - ma romans z utytułowanym macedońskim fotografem Alexandrem (Rade Serbedzija). Ten, po powrocie z Bośnii, wyraźnie się zmienił, chce rzucić pracę i wrócić do rodzinnej wsi w Macedonii.

Część trzecia, Obrazy, to właśnie historia powrotu Aleksandra do domu. Po szesnastu latach nieobecności nie potrafi zrozumieć narastającego napięcia między żyjącymi dotąd w zgodzie Albańczykami i Macedończykami. Wbrew rodzinie i znajomym, a także narażając się radykałom muzułmańskim odwiedza dom swojej dawnej miłości. Negowanie rzeczywistości nie jest jednak w stanie uchronić go przed brutalnym z nią zderzeniem.

Film w prosty, a czasem nawet brutalny sposób pokazuje jak rodziły się i przybierały na sile konflikty etniczne na Bałkanach. W oczy rzuca się też to, że Mančevski bardzo wyraźnie, choć subtelnymi środkami, chce pokazać, iż wojny, które przetoczyły się przez państwa byłej Jugosławii, w gruncie rzeczy toczyły się nie w jakichś trzecioświatowych, zapomnianych przez Boga krainach na końcu świata, ale póltorej godziny lotu samolotem z Amsterdamu, gdzie ludzie słuchaja w radiu Beastie Boys.

Do tego doskonałe ujęcia krajobrazów mecedońskich gór, spokojny i leniwy klimat filmu i świetnie dobrana muzyka.

Film zebrał około trzydziestu nagród na całym świecie. W tym Złotego Lwa Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji i nominację do Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny.

Gorąco polecam!

Gdyby ktoś chciał się skusić, Zanim spadnie deszcz, jak i kilka innych macedońskich filmów można obejrzeć na YouTube u użytkownika Makedonier.

12:35, zfiesz , Kino
Link Komentarze (1) »
Sahib vs. Sakib*


Od zawsze zastanawiam się nad fenomenem bałkańskiego poczucia humoru, a uściśląjac czarnego humoru. Takiego nagromadzenia ironii, sarkazmu i nadzwyczajnego absurdu w jednym miejscu nie ma nigdzie. Tego jestem pewny. Długo szukać nie trzeba, ale gdyby ktoś akurat nie mógł sobie przypomnieć o czym mówie... Emir Kusturica & No Smoking Orchestra Bubamara z filmu Czarny kot, biały kot...



Ale nie o Kustricy, ani nie o filmie w ogóle dziś chcialem. Bałkany to jedyny kawałek Europy, który co jakiś czas "odwiedzam" w swoich poszukiwaniach filmowo-muzyczno-literackich. Ostatnio wybrałem się na "wycieczek" do Sarajewa...

"Sahib: Impresje z depresji", druga wydana w Polsce powieść Nenada Veličkovića, to dość niezwykła, bo ujęta w formie kilkudziesięciu mejli, relacja ze stolicy podnoszącej się po wojnie Bośni i Hercegowiny. Ich autor, nazywający siebie Sahibem, jest pracownikiem jednej z wielu organizacji pozarządowych, które masowo ruszyły "pomagać" nowo utworzonemu państwu. Wydawać by się mogło, że listy pełne bedą interesujących analiz i spostrzeżeń dokumentujących, jakby nie było, wydarzenie niecodzienne.

W rzeczywistości to opis nieudolności, ignorancji, arogancji, zadufania, zarozumialstwa... tę litanie możnaby ciągnać jeszcze długo... zarówno wszelkich organizacji, jak i ich pracowników. Sahib, angielski gej, w zasadzie nie potrafi nic. Jego jedynym atutem, predestynujacym go do pracy za duże pieniądze, jest... brytyjski paszport. Do czego sam zresztą często się przyznaje. Konketne zadania wykonują za niego głównie młodsi, bądź miejscowi asystenci. On sam zajmuje się plotkowaniem, organizacją "barbekju" i uświadamianiem swojego kierowcy - Sakiba... przed wojną profesora uniwersyteckiego - gdzie jest jego miejsce:

Sakib mówi, że niemoralne jest (...), by ci, którzy w czasie wojny sprzedawali broń, teraz zarabiali na jej niszczeniu. To dobry kierowca, ale kiepski rozmówca. [s. 36]

Nieustannie się dziwię, widząc, że miejscowi uważają nas za równych sobie. Minie jeszcze dużo czasu, zanim do nich dotrze, że nie trzeba być czarnym, żeby być niewolnikiem.
Czasami mam ochote powiedzieć Sakibowi, że fakt, iż trzyma kierownicę zamiast lejcy, nie znaczy, że ze sługi stał się panem.
Wczoraj przez pół godziny przekonywał mnie, że amerykański naukowiec Nikola Tesla urodził się na Bałkanach.
Inkredibl. [s. 103]


To, rzecz jasna, tylko namiastka. Cała książka pełna jest tego typu "głębokich przemyśleń" i "refleksji". Nie da się ukryć, że Veličković nie należy do zwolenników "międzynarodowej pomocy". Jako Jugosłowianin (bo za takiego się nadal uważa, mimo że urodził się w Sarajewie) obwinia świat o nieudolną reakcję na wojny bałkańskie jak i powierzchowne i niekompetentne próby naprawiania sytuacji. Ale nie jest to głos w stylu "dajcie nam więcej". O nie... Wszystko o co prosi autor "Sahiba" to rozsądek i zrozumienie.

A prosi w bardzo słodko-gorzki sposób. Czytając te książke można się naprawdę uśmiać. W zasadzie sto-osiemdziesiąt-kilka stron to jedna wielka ironia. Dopiero kiedy zastanowimy się, że rzeczywiście, ludzie tacy jak Sahib mogą decydować o losie narodów, przychodzi gorzka refleksja. Pytanie tylko, czy jesteśmy w stanie cokolwiek z tym zrobić?

Powieść Veličkovića, w doskonały sposób oddaje też stan duch "człowieka Zachodu". Sahib nie przyjeżdża pomagać, tylko bogacić się, zbierać "kwity" do CV, bawić się w zamkniętym towarzystwie sobie podobnych, czasem załatwić podobną pracę komuś z rodziny lub znajomych, a kończąc misje kupić pamiątki i z podniesioną głową i dumą z dobrze wypełnionego obowiązku wrócić do domu...

Otworzyli nowy souvenir-shop. Sprzedają w nim pociski.
Pociski z tego targu, na którym zginęło siedemdziesiąt osób (pamiętasz, oglądaliśmy to razem, kiedy wróciliśmy ze squasha), odłamek pocisku, który zabił siedemnaścioro ludzi w kolejce po chleb (...).
Wyobraź sobie kolekcje: pociski, które zabiły dziennikarzy, pociski tego samego typu, kule snajpera z tego skrzyżowania...
Pocisk wielkości ziarna ryżu droższy jest od pocisku dużego kalibru, bo ma pedigree, rodowód. Wiadomo, kto go przechował, kto przyniósł do sklepu i, co najważniejsze, jak został znaleziony. Ten mały, bardzo drogi, zabił dziecko.
(...) Chciałem Ci kupić jeden nieoszlifowany. Nie po to, by zaoszczędzić, tylko dlatego, że jego historia jest naprawdę fantastyczna. I dopiero wtedy Sakib powiedział mi, że to nie jest żaden souvenir-shop, tylko performans jego przyjaciela artysty.
(...) Jeszcze trzy godziny i ten pierdolony kraj więcej mnie nie zobaczy.
I za każdym razem, kiedy ktos o nim choćby napomknie, przypomnę sobie, że nasze dzieci też będą żyć z procentów od kredytów, które w trakcie mojego mandatu wcisnąłem tubylcom. [s.174-176]


Refleksja? Niech za jej podkład muzyczny posłuży Tango Apocalypso Boris'a Kovac'a & Ladaaba Orchest...

[jesli video nie zadziała, przejdź na stronę YouTube]

-------------
*Sakib - muzułmańskie imię męskie; w języku potocznym słowo to pisane małą literą znaczy tyle, co towar wysłuzony, zużyty, niewiele warty.
Sahib - pan, gospodarz.

czwartek, 03 lipca 2008
mowia na mnie ulica...


Nie dam głowy, ale to chyba Marquez, w którejś ze swoich powieści napisał, że dziwka jest najlepszą przyjaciółką faceta. Nie wiem... nie znam się... Jednak Caye i Zulema - bohaterki meksykańsko-hiszpańskiej produkcji "Księżniczki" w tej roli nie do końca by się sprawdziły. Obie prostytutki, swoja pracę wykonują z przymusu i traktują raczej przejściowo. Caye, w tej roli dość szpetna Candela Pena, rodowita Hiszpanka, niezbyt rozgarnięta, zbiera na operację powiększenia biustu. Zulema, grana przez Micaele Nevárez - dla kontrastu WYJĄTKOWO urodziwą niewiastę - nielegalna emigrantka z Dominikany, chce sprowadzić do Hiszpanii swojego małego synka, by ten "zatroszczył się o nią".

Dziewczyny, mimo że wykonują ten sam fach, stoją w zasadzie po dwóch stronach barykady. Rodowite Hiszpanki nie mogą znieść powodzenia i niskich cen jakie oferują emigrantki z Afryki i Ameryki Łacińskiej. Ze swojej "kwatery" w zakładzie fryzjerskim, toczą z nimi cichą i złośliwa wojenkę, co rusz wzywając policję pod pretekstem bójek między kolorowymi dziwkami. Swoją drogą, rozmowy jakie między sobą prowadzą świadczą o ich wyjątkowej głupocie i ignorancji.


Jak na rzewną historyjkę przystało, dwie główne bohaterki zaprzyjazniają się, dzieląc radości i smutki (tych ostatnich zdecydowanie więcej).

Próbowałem doszukać się jakiegoś głębszego przesłania, ale albo go nie ma, albo coś mi umknęło. Postać Caye jest do bólu płytka i nie sposób doszukać się w niej czegokolwiek. Choć przy swoich przyjaciółkach "od fryzjera" i tak momentami błyszczy intelektem. Nieco lepiej prezentuje się Zulema. Dziewczyna, jak wiele jej podobnych, przyjechała do Europy szukać lepszego życia dla siebie i rodziny, wybrała taką a nie inna drogę, ale niefortunnie wplątała się w toksyczny układ z policjantem, który w zamian za sex obiecał załatwić jej dokumenty niezbędne do legalnej pracy. Póki co, jedyną zapłata za wdzięki pieknej Mulatki są siniaki i łzy.

"Księżniczki" nie pokazują absolutnie niczego nowego. Nie żebym spodziewał się moralnych fajerwerków z jednej, czy jakichś hardcore'owych scen z drugiej strony. Po prostu kiedy słyszę, że Fernando León de Aranoa - reżyser filmu - obwoływany jest najważniejszym twórcą współczesnego hiszpańskiego kina, oczekuje czegoś więcej niż smutnej historii z banalnym morałem.

Wielkim plusem filmu jest za to muzyka. Może poza jakimiś drobnymi dodatkami, na soundracku króluje Manu Chao. Motyw przewodni -
Me llaman calle (gierka słowna: calle [czyt. caje] - ulica i Caye - jedna z bohaterek) jest świetny i doskonale wpisuje się w nostalgiczny nastrój filmu. A już
Cinco Razones... Cudo! Niestety numer nie jest dostępny na żadnej z płyt Manu.

Podsumowując... Rzecz dla zagorzałych miłośników kina hiszpańskiego i latynoskiego. Miał być film z pretensjami do sztuki z przesłaniem, a wyszło zwyczajnie i pretensjonalnie.

****

W tym samym temacie... Czytając ostatnio coś o agencji fotograficznej Magnum znalazłem kilka fotek meksykańskiej fotograf Mayi Goded z sesji Sexo Servidoras, poświęconej prostytutkom. Zdecydowanie mniej cukierkowe, choć momentami też słodkie.

04:09, zfiesz , Kino
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 maja 2008
ost... [4]


jak wszystko ostatnio, zaniedbalem tez muzyczna edukacje szanownych czytelniczek i czytelnikow. (tak na marginesie: chcialbym kiedys przynajmniej przez dluzszy czas nie byc zmuszony do uzywania slowa "zaniedbalem";-)

zaniedbanie to jednak tylko po czesci wynika z mojego lenistwa. wiosna zazwyczaj wracam do klasyki z lat mlodzienczych, ktora raczej nie wpisuje sie w stylistyke bloga:-) wczoraj np. meczylem jakies sepultury na zmiane z archiwalnymi nagraniami polskiego punkowego undergroundu.

ale nie samymi wspomnieniami czlowiek zyje. poszukujac wczoraj klipu do, niestety, opisujacego mnie pod pewnymi wzgledami numeru, odkrylem, ze [prawie]genialny Huecco dwa tygodnie temu wydal nowy album. ten Madrileno namieszal sporo poprzednia plyta. promujacy ja singiel Pa' mi Guerrera na dlugie tygodnie (o ile nie miesiace) zadomowil sie na listach przebojow od Madrytu po Buenos Aires. ciekawe to o tyle, ze nie proponuje milego i sympatycznego, tanecznego latino, a raczej cos, przed czym taki RMF na przyklad, bronilby sie wszystkimi konczynami. to kolejny dowod na to, jak wiele otwartosci brakuje naszym specom od playlist. (wiem, ze czepiam sie tego przy kazdym wpisie nt. latynoskiej muzyki, ale nie rozumiem dlaczego polskie media bronia sie przed, komercyjna skad inad, oryginalnoscia?)

nowe wydawnictwo Huecco nosi tytul Assalto, a promuje ja radosny utworek Reina de los angelotes...

przy okazji, przypadkowo jak to czesto bywa, znalazlem Matke Kreta;-) La madre del topo (pewnie idiomatycznie znaczy to cos innego niz doslownie, ale tego nie sprawdzalem) moze nie powalaja oryginalnoscia, ale utwor Mariposas trzeba uznac za udany. reszta plyty jest niestety irytujaco banalna (do posluchania jest tez Dentro de mi). niemniej, pierwszy singiel tego lata bedzie pewnie grany dosc czesto...

nowym wydawnictwem chwala sie tez niezniszczalni weterani z Maná. ubiegloroczna plyta Amar es combatir, zgodnie zreszta z oczekiwaniami, okazala sie wielkim sukcesem, wiec panowie z Guadalajary postanowili skorzystac na niej podwojnie wydajac koncertowke z trasy promujacej album. na krazku zatytulowanym Arde el cielo, oprocz znanych juz kawalków mozna znalezc dwa dotad niepublikowane: tytulowy Arde el cielo i zapowiadajacy plyte Si no te hubieras ido...

jakis czas temu pojawila sie tez nowa plyta moich ulubionych Chilangos z Café Tacuba zatytulowana Sino. jako wizytówke albumu, w swojej wiecznej oryginalnosci, wybrali osmiominutowy kawalek Volver a comenzar, ale do mnie zdecydowanie bardziej przemawia Esta vez...

cdn...

piątek, 02 maja 2008
ksiazka z automatu do kanapek...


[nie lubie zapozyczac od- i cytowac innych blogowiczów, ale tym razem nie moglem sie powstrzymac. nie linkuje bo interesujaca mnie sprawa to tylko fragment wiekszego
postu u andrasol, ale i nie roszcze sobie zadnych praw do tematu:-)]

odkad pamietam, co jakis czas, a to przy kolejnej reformie edukacji, a to z okazji jakiegos "Waznego Raportu", a to znów przy zmianie ustawy o podatku VAT, wyplywa temat dostepnosci i kosztów Ksiazki. sprawa jest istotna nie tyle dlatego, ze ludzie nie znaja klasykow (sam ich nie znosze), ale przede wszystkim z banalnego i, wydawac by sie moglo w XXI wieku egzotycznego, powodu - rosna nam kolejne pokolenia analabetow. nie mam ideologicznego podejscia do lektury. ot, wedle wlasnych, absolunie subiektywnych kryteriow, dziele ksiazki na swietne, dobre i badziewie. i rzadko ma to przelozenie na znaczenie nazwisk na okladkach. nie mam nawet nic przeciwko pop-literzaturze. ale skreca mnie kiedy slysze jak ktos z duma (a na Wyspach zdarza sie to wyjatkowo czesto) mowi, ze W ZYCIU nie przeczytal zadnej ksiazki.

w swojej naiwnosci mysle, ze moze jest to spowodowane banalnym faktem nieobecnosci slowa drukowanego "pod strzecha". no bo albo drogie to-to, albo trzeba isc do biblioteki, albo ksiegarnia zupelnie nie po drodze...

jak rozwiazac ten problem? tego nie wie nikt, ale zawsze mozna próbowac. tak, jak Brazylijczyk Fábio Bueno Netto. wpadl on na rewolucyjny (miejmy nadzieje, ze okaze sie tez rewelacyjny) pomysl sprzedawania ksiazek... z automatów. przerobil lekko mechanizmy maszyn do dystrybucji kanapek i innych przekasek, wylozyl troche grosza i ustawil nowe automaty na stacjach metra Rio de Janeiro i Sao Paulo.

projekt pod nazwa "24X7 Cultural" uzyskal poparcie lokalnych wladz odpowiedzialnych za kulture i ma szanse na dalsza ekspansje. w automatach podpisanych "Livros" mozna znalezc zarowno klasyków, lektury szkolne, nowosci, jak i poradniki (np obslugi Excela;-). cena, srednio 5 reali za sztuke (okolo 7 zlotych), nie wydaje sie byc wygorowana, ale pomnozona przez pietnascie tysiecy (bo tyle ksiazek miesiecznie "wypada" z 20, jak na razie, automatów) daje calkiem przyzwoity zysk.

Fábio jest zainteresowany ekspansja pomyslu, wiec jesli ktos chcialby postawic taka maszyne gdzies w Polsce, na stronie projektu mozna znalezc informacje dotyczace dzierzawy:-)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: