P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Kategorie: Wszystkie | Kino | Ksiazka | Kuba | Malta | Maroko | Meksyk | Muzyka | Podcasty | Stechlizna | Tierra caliente | Turcja | Zlewy
RSS
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
memorias mexicanas 1

[tytulem wstepu]


meksykanskie wspomnienia pisze troche z poczucia obowiazku. nie na sile, ale raczej zeby przypomniec sobie i utrwalic je na przyszlosc. od wyjazdu minelo juz kilka miesiecy, wiec wiele rzeczy najzwyczajniej wyparowalo mi z glowy, dlatego musze posilkowac sie zdjeciami, których przywiozlem kilka tysiecy. moj blad wynikajacy z lenistwa. zobaczymy... mam nadzieje, ze w miare pisania cos mi sie jednak przypomni.

[lecimy]

Kolejny wyjazd do Meksyku planowałem praktycznie od pierwszych dni na Wyspach. Tylko lekko przesadzając mogę stwierdzić, że ta perspektywa trzymała mnie przy życiu. Niestety, z róznych przyczyn, wyjazd był odkładany przez ponad dwa lata. W tym czasie udało mi się odwiedzić Maroko, Kubę, Turcję... i pewnie coś jeszcze, ale nie pamiętam;-) Ostatecznie, mając już wszystkiego dość, ustaliłem sobie nieprzekraczalny termin. Wrzuciłem propozycje trasy na forum meksykańskie i... nie mogłem się doczekać.

Szybko pojawiła się ekipa chętnych na wyjazd. Cała masa chętnych. Pełnych zapału... słomianego:-) Do końca dotrwała tylko Aśka. Nagle zaś pojawiła się Katarzyna, która troche desperacko poszukując kogoś, do kogo moglaby się podłączyć, znalazła mnie na forum. W ostatniej chwili, bez wiedzy i zgody kierownika wycieczki (w mojej skromnej osobie;-) dołączył Juan Victor vel Janusz - ojciec Katarzyny.

W tym składzie, 16. listopada ruszylismy. Aśka i ja z Londka, a nasi, jeszcze nieznani, towarzysze z Warszawy. Spotkanie i oficjalny wieczorek zapoznawczy nastapiło kilka minut przed północą na madryckim lotnisku Barajas [nota bene moim ulubionym lotnisku; nie dlatego, żeby czymś szczególnym się wyróżniało, ale dlatego, że nieodłącznie kojarzy mi się z wyjazdami do Ameryki Łacińskiej].



IBE 6401 - ulubiony lot z ulubionego lotniska:-)

Zbyt długi lot, jak wszystkie loty przez Atlantyk, przebiegł bez żadnych problemów i parę minut po siódmej, cudownie słonecznego sobotniego poranka wylądowaliśmy w Mieście Meksyk - najwspanialszym mieście świata. Na "dzień dobry" lekko skonsternowaliśmy meksykańskich celników, przedstawiając trzy różne wersje paszportów. Na szczeście nie byli zbyt dociekliwi i chwilę później mogłem zaspokoić głód nikotynowy i tłumioną przez cztery lata potrzebę poczucia zawrotów głowy wywołanych wysokością i niemożliwym zanieczyszczeniem powietrza. Takiego smrodu nie poczujecie nigdzie! (i to nie jest plagiat z Cejrowskiego zaciągającego się smogiem na szczycie Torre Latino;-)

[Querétaro]



Właśnie tam...

Miasto Meksyk, zgodnie z planem, zostawiłem sobie (i Dżoanie) na deser. Prosto z lotniska, po zjedzeniu horendalnie drogich tacos (o ile pamietam, 19 pesos za sztuke!!!) i pączków z budyniem, ruszylismy do Querétaro. Autobus Primera Plus - doskonale komfortowy - jedzie około trzech godzin i kosztuje 246 pesos [umówmy się, że, lekko zaokrąglając, 100 pesos to 10 dolarów].

Na miejscu byliśmy wcześnie. Mieliśmy więc dość czasu by zainstalować sie w hotelu i ruszyć w miasto, które z założenia miało stanowić jedynie alternatywę dla noclegu w stolicy. OK, wydawało nam się, że wszystko pójdzie gładko. W końcu przyjechaliśmy na wakacje, prawda?

Autoryzowana taksówka za 50 pesos dowiozła nas do wybranego na chybil trafił hotelu w zatłoczonym centrum historycznym. I tu pierwsze, niewielkie co prawda, zdziwienie - brak miejsc. Cóż... nie jedyny hotel w mieście.

Już bez pomocy, z bagażami na plecach, ruszyliśmy na poszukiwania jakiegoś lokum. Oczywiście oszołomione gorącym popołudniem (przypominam, ze jest 17. listopada), lekką egzotyką i urokiem kolonialnej architektury towarzystwo nie dostrzegało jeszcze zbierających sie nad horyzontem czarnych chmur. Kolejne dwa czy trzy hotele i... brak miejsc. Hmmm... Pewnie dlatego, że szukamy w centrum...

Postanowiliśmy podzielić się zadaniami. Kaśka i ja, jako ci, którzy "znają" hiszpański, dostaliśmy to łatwiejsze - znaleźć dwa wolne pokoje. Aśka i Padre mieli natomiast nie oszaleć z nadmiaru slońca i wrażeń czekając na nas przy Plaza de la Constitución.

Zadanie z pozoru łatwiejsze okazało się niewykonalne. Nie wiem ile hoteli, hosteli i pensjonatów odwiedziliśmy. Na pewno kilkanaście. Obdzwoniliśmy też te leżące na obrzeżach miasta. I nic!! W odruchu absolutnej desperacji zajrzeliśmy nawet do Grand Hotelu z pokojami za 2000 pesos, ale nawet stamtąd odeszliśmy z kwitkiem.

Dwa wyjścia: albo spimy na ławce w przytulnym Jardín Guerrero, albo jedziemy dalej, do San Miguel. Tylko jak przekazać tą smutną wiadomość wiedzącemu wszystko Juanowi Viktorowi i oszołomionej otoczeniem Aśce? Poszło łatwiej niż mogło się wydawać. "Nigdzie nie jedziemy! Szukamy dalej!" - oznajmił glosem nie znoszącym sprzeciwu Padre. No skoro taka decyzja, to szukamy. Na oślep. W informacji turystycznej dostaliśmy namiary na kilka hoteli, których nie było w "Pascalu". Niestety, i to naprawde przestalo być już zabawne, wszędzie słyszeliśmy to samo.




Chcesz zobaczyć więcej? Zajrzyj do galerii!

Po dobrych kilku godzinach i przy pierwszych objawach rezygnacji zaszliśmy do Mesón de Carolina, przy Calle Reforma, dosłownie kilka kroków od Plaza de la Constitución. Ale nie miejmy złudzen: brak wolnych pokoi. Jednak recepcjonista, dostrzegając wstępne oznaki załamania, z własnej woli zobowiązal się obdzwonić wszystkie znane mu hotele w mieście i wydrukowł nam kolejną listę adresów... [masz dość? to postaw się w NASZEJ sytuacji!]

Nikłym pocieszeniem był dla nas fakt, że recepcjonista co chwilę odprawiał kolejnch przyjezdnych. Tak to jest, gdy odwiedza się jedno z najbardziej zasłużonych dla historii Meksyku miast w długi weekend przy okazji rocznicy Rewolucji Meksykańskiej.

Nagle, choć z naprawdę dużą doza nieśmiałości, Najwspanialszy Recepcjonista Świata zasugerował, że może... o ile nie mamy nic przeciwko... jeśli nam nie przeszkadza... i jeśli rzeczywiście jesteśmy zdesperowani... że może jednak miałby pomysł na rozwiązanie naszych problemów, ale nie jest przekonany, czy bedzie nam to odpowiadało, bo to... szesnastoosobowa suita. Nasze poczatkowe przerazenie minęło, kiedy podał zupełnie niewygórowaną cenę: po 350 pesos na głowę. Każdemu przypadły po dwa ogromne łóżka, a do tego kuchnia, łazienka (po w sumie juz kilkudziesięciu godzinach podróży, wszyscy marzyliśmy o prysznicu) i sniadanie. Rewelacja!!!

Querétaro skazane było juz jednak na bardzo szybki spacer... i to głównie w poszukiwaniu miejsca na porządną kolacje i zimne piwko.

niedziela, 27 kwietnia 2008
Malta Experience... buses


moze "na goraco" mi sie uda, wiec szybko... do roboty. malta to jednak nie meksyk, czy kuba, dlatego bedzie raczej krótko.

o ile nie moge powiedziec, zebym byl zachwycony wyspa w calosci, o tyle jedna rzecz... a wlasciwie 504 rzeczy... urzekla mnie absolutnie: lokalne, maltanskie autobusy!

po pierwsze: sa najzwyczajniej w swiecie ladne. zółto-pomarańczowo-białe, czasem z czarnymi dodatkami i cala masa niklu, chromu i wszystkiego co blyszczy w sloncu.

po drugie: sa stare. bardzo stare! wiekszosc ma 50-60 lat! oczywiscie zdarzaja sie nowe i zupelnie nowe pojazdy. z klimatyzacja, niskopodwoziowe, przystosowane do przewozu niepelnosprawnych i ze wszelkimi dobrodziejstwami nowoczesnej techniki, jakie tylko mozna sobie wyobrazic. no chocby taki banal jak amortyzowane zawieszenie. kto by sie nad tym zastanawial? wlasnie! nikt! dopoki nie przejechalby kilku kilometrow nienajlepszymi, maltanskimi drogami autobusem owego dobrodziejstwa pozbawionym. slowo "trzesie" nabiera zupelnie nowego znaczenia;-)

po trzecie: dojezdzaja praktycznie wszedzie. po mniej wiecej 17. latach mieszkania na wyspie, kiedy juz opanuje sie do konca zawily rozklad jazdy, trasy, rozmieszczenie przystankow i (co niebanalne) system komunikowania sie z kierowca za pomoca odpowiednich machniec reka (stojac na przystanku) i obslugi wysoko wyspecjalizowanych urzadzen sygnalizujacych zamiar opuszczenia wehikulu (linka wzdluz dachu zakonczona dzwonkiem;-), podrózowanie autobusami moze byc naprawde praktyczne. praktyczne... nie przyjemne. nie mylmy pojec;-)

po czwarte: sa tanie. przy krotkich, pojedynczych przejazdach to kwestia okolo 50. eurocentów. przy dluzszym, turystycznym pobycie, najlepiej zaopatrzyc sie w bilet kilkudniowy. za tygodniowy zaplacimy jedyne 13'98 euro i mozemy jezdzic do woli.

po piate: kierowcy! kilku bylo/jest milych. pomoga, poinformuja, zagadaja, usmiechna sie... ale wiekszosc... coz... skoro ktos wybiera sie w podróz 60. letnim gratem, musi byc przygotowany na mocne wrazenia;-) oszukuja (zartuja?) co do trasy, myla sie przy wydawaniu reszty, kwestionuja waznosc biletu i ogólnie bardzo uprzejmie odnosza sie do pasazerów... "move back!!!". podobno... taka w kazdym razie slyszalem historyjke... dawniej wiekszosc kierowcow stanowili byli wiezniowie. ot... po wyjsciu na wolnosc nie mogli znalezc pracy, wiec siadali za kólkiem. odnosze wrazenie, ze historia nie jest calkowicie wyssana z palca;-)

po szóste: podobne sytuacje maja podobno miejsce w irlandii. nie wiem, nie bylem, ale... aglomeracja valletty, kilkanascie (o ile nie kilkadziesiat)  miast i miasteczek absolutnie zatloczonych i zakorkowanych. nagle, kierowca dostrzega, ze z naprzeciwka, innym autobusem, nadjezdza jego przyjaciel. co robi? oczywiscie zatrzymuje sie jak najblizej srodka jezdni, otwiera okno i dyskutuje w najlepsze. pol biedy, jesli chca sie tylko wymienic drobnymi. gorzej, jesli rzeczywiscie maja o czym rozmawiac...

i po siódme w koncu: korzystanie z lokalnego transportu, to naprawde bardzo praktyczne, (czasem) przyjemne i niezapomniane doswiadczenie:-)

a teraz, zapraszam do galerii...

wtorek, 22 kwietnia 2008
jestem, jestem...


oki... wrocilem... wczesniejsze zapowiedzi i obietnice okazaly sie (jak to czesto w moim przypadku bywa) plonne;-) no ale tak juz mam...

tak czy inaczej, wracam do zycia. tzn... zaczynam zastanawiac sie co dalej... wlasnie stuknela mi (o Boze!!!;-) trzydziestka. zaczynam rozsylac papiery w poszukiwaniu nowej, a przede wszystkim sensownej pracy. podobno to najlepsza dekada, wiec... mam nadzieje sie nie przeliczyc;-) pozazawodowe aspekty kolejnej dekady chwilowo przemilcze... nad szczesciem tez trzeba popracowac:-)


Swiezo upieczony trzydziestolatek - za mna przepasc; przede mna kamienna pustynia;-) (Dingli Cliffs, Malta)

wrocilem tez z kolejnej wycieczki... znów sponsorem wycieczki okazala sie literka M... jak Malta. bylo calkiem niezle. tzn. biorac pod uwage, ze caly misterny plan zakladal ucieczke od przykrego obowiazku wyprawiania wielkiej biby urodzinowej. w tym kontekscie bylo przednio;-) o innych kwestiach, mam nadzieje, wkrótce. wkrótce równiez (znow... taki jest plan) przynajmniej ogolne, praktyczne i bardzo spoznione informacje post-meksykanskie.


Malta Experience (Paola, Malta)

tym, którzy przetrwali okres intelektualnej suszy dziekuje... na komentarze postaram sie odpowiedziec. w kilku pojawily sie dosc ciekawe informacje wklejone przez nova [thx], wiec zapraszam do szperania.

acha... i goraco polecam wpis u Chilijczyka odnosnie kolegi Cejrowskiego. kiedys juz (bardzo) delikatnie dyskutowalem na jego temat z Eliaszem, ale wspomniany post to majstersztyk...

i jeszcze dwa, raczej nie pasujace do reszty, "enerdzajzery" z ostatnich tygodni... ci którzy lepiej mnie znaja, powinni wiedziec, ze pojawienie sie takiej muzyki w moich glosnikach, lepiej niz bazie, zwiastuje nadejscie wiosny;-)

no 1... Linkin Park Breaking the habit...

no 2... Dj Shadow ft. Mos Def Six Days...

niedziela, 10 lutego 2008
raju nie ma, a pieklo jest na ziemi...

troche z lenistwa, a troche "ze stanu ducha"...

"Zwatpilem w istnienie Boga, ale nie watpie nawet przez chwile, ze jeszcze nikomu nie zaszkodzilo zyc tak, jakby On istnial naprawde.

Opuscila mnie wiara w niebo, ale wiem, ze pieklo jest, doswiadczylem go na sobie wielokrotnie. Jestem niemal pewien, ze nie ma w nim zadnego diabla - my sobie sami zupelnie wystarczamy."

Miroslaw Zulawski, Ucieczka do Afryki, Wydawnictwo "Twój Styl", Warszawa 2005, s. 74.

i o najgorszym ziemskim piekle... samotnosci...

"Chca zebysmy byli sami (...), bo mówia, ze samotnosc jest potrzebna dla osiagniecia swietosci. Zapominaja tylko, ze w samotnosci pokusa staje sie tym wieksza."

Carlos Fuentes, Aura, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s. 24.

poniedziałek, 04 lutego 2008
Polska? Nie lubie juz Polski!

Tak uwaza co najmniej sto tysiecy Polaków mieszkajacych w UK. To jedna czwarta "oficjalnych". Kolejne sto piecdziesiat tysiecy planuje pozostac na Wyspach na blizej nieokreslona przyszlosc. Takie wyniki przynosi badanie przeprowadzone przez specjalistów od migracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Kierujaca badaniem Krystyna Iglicka, komentujac wyniki badan, nie pozostawia watpliwosci: "Jesli przyjrzymy sie wczesniejszym falom emigracji, zauwazymy, ze to zazwyczaj dopiero drugie pokolenie powraca do kraju".

Czy te wyniki powinny dziwic? Czy po trzech-czterech, a byc moze i dziesieciu latach pracy w UK, najczesciej (tego ukryc sie nie da, ale i nie ma powodu do wstydu) na najnizszych stanowiskach - w fabrykach, "na zmywaku", na farmach - mozna wrócic do Polski i zaczac normalne zycie? Owszem, zarobione pieniadze wystarcza na jakis czas. Byc moze wystarcza nawet na zakup mieszkania, lub budowe domu. Ale co dalej? Ktos powie: "otwórz wlasny interes", albo: "idz na studia... doksztalc sie". I znowu, czesc re-emigrantów pewnie tak wlasnie zrobi. Wiekszosc jednak pozostanie. Bo ile razy mozna zaczynac od poczatku?

Za kilka lat, kiedy w koncu naucza sie dziwnej angielskiej mowy i kiedy wtopia sie juz na dobre w wieloetniczny krajobraz Wyspy, byc moze zostana superwajzorami, menedzerami. Czesc pokonczy róznego rodzaju kursy i z fabrcznych hal przeniesie sie za biurka. Ci najmlodsi (18-25 latkowie) i ci najambitniejsi rusza na tutejsze uczelnie, zeby pózniej zasilic zastepy kadr urzedniczych, pracownikow uslug, finansów, itp.

Nie mam zludzen. Poza garstka znajomych, którzy przyjechali na wyspy w scisle okreslonym celu (zarobic na dom, samochód, studia, podszkolic jezyk, itp) i na scisle okreslony czas, przytlaczajaca wiekszosc nie widzi sensu w powrocie. Zaczyna sie ferment. Ludzie maja dosc fabryk. Ale wbrew temu co moze wdawac sie oczywiste, nie mysla o powrocie. Ze swieca szukac takich, którzy nie szkola angielskiego (np. ja:-). Coraz czesciej przegladaja oferty miejscowych college'y. Ci z "fachem w rekach" odswiezaja umiejetnosci i szukaja zaczepienia u lokalnych professionals.

Jeszcze kilka lat i z "polskiej tanej sily robocej" zostanie garstka tych, którzy rzeczywiscie nic innego robic nie potrafia lub nie chca. Ok. Do tej grupy dorzucilbym jeszcze najstarsze pokolenie emigrantow. Tych calkiem odrzuconych przez polski rynek pracy. Ci czekaja tylko na emerytury, z których w Kraju zyc beda na godnym poziomie.

I hope you aren't one of them - zapytal mnie Rich z tym swoim wiecznie szyderczym usmieszkiem, pokazujac mi wyniki badan w "Daily Express". Of course NOT, for fuck sake! - odpowiedzialem. Ale moja pewnosc z dnia na dzien topnieje. Moze do ziemii obiecanej wiele Wyspom brakuje, ale przy odrobinie dobrych checi i odpowiedniej motywacji da sie tu wiele zrobic.

A Polska? 200-300 lotów tygodniowo wystarczy, by nie zapomniec jezyka, smaku bigosu, zoladkowej gorzkiej i urody polskich dziewczat...

[wyniki badan za: At least 100,000 Poles 'planning to stay for good', "Daily Express" z 19.01.2008]

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: