P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Kategorie: Wszystkie | Kino | Ksiazka | Kuba | Malta | Maroko | Meksyk | Muzyka | Podcasty | Stechlizna | Tierra caliente | Turcja | Zlewy
RSS
czwartek, 24 stycznia 2008
my z kolega latamy samolotami...


Jeszcze dwa-trzy lata temu zamieszczajac podobny wpis czulbym sie conajmniej dziwnie - jak cwaniaczek swirujacy na swiatowca. Od tego czsu sporo sie jednak zmienilo. Tak jak kilka lat temu mialbym problem ze znalezieniem znajomych, z którymi móglbym podzielic sie doswiadczeniami z podniebnych wojazy, tak dzis, na palcach jednej reki móglbym policzyc tych, którzy samolotem nigdy nie lecieli.

Oczywiscie... zaraz podniosa sie glosy, ze owszem, ale to cholota latajaca tanimi liniami do UK, Irlandii, czy Wloch, do pracy w fabrykach i na polach pomidorów. Ze zadni z nich podróznicy i raczej malowartosciowi pasazerowie. To, rzecz jasna, bzdura rozsiewana przez dziwnie zakompleksionych buraków. Ja ciesze sie z upowszechnienia latania jako sposobu na przemieszczanie sie. Mieszkam na Wyspach od trzech lat i nigdy nie zdarzylo mi sie wracac do Polski droga ladowa. Szczerze mówiac, sam pomysl napawa mnie przerazeniem. Dlatego tanim przwoznikom kibicuje, jednoczenie marudzac na limity bagazu, scisk na pokladzie, nieludzkie godziny odlotów (poranne), itp.

Przynajmniej dwa-trzy razy w roku zdarza mi sie tez latac gdzies dalej z tradycyjnymi przewoznikami najrózniejszych "bander". Mam wiec jakies porównanie, swoje zdanie, zastrzezenia i pomysly na zmiany.

Zapraszam wszystkich czytelników do oddania glosu w plebiscycie na Najlepsza Linie Lotnicza 2007 organizowanym przez portal pasazer.com. Po co? Cóz, kazdy chce byc najlepszy i chwalic sie sukcesami, a zeby to osiagnac trzeba sie troche postarac. To z kolei wyjdzie nam, pasazerom, na dobre...


Kliknij baner, aby przejsc do strony z ankieta.

ost... [2]

...czyli ciag dalszy mojej nieustajacej sciezki dzwiekowej.

Mialo byc zupelnie cos innego, ale tradycyjnie, zanim zabralem sie za robote musialem jeszcze sprawdzic szescdziesiat innych rzeczy (oczywiscie w wiekszosci absolutnie zbednych:-). I jedna z nich przyniosla bardzo... ale to bardzo bardzo... mily i zaskakujacy efekt... Jarabe de Palo con la Mari Dejame vivir...

Nie wiem czy te cudowna, obdarzona nieziemskim glosem istotke musze przedstawiac? OK. To La Mari, na codzien spiewajaca w Chambao. Dziewczyna nieczesto kolaboruje z innymi wykonawcami, ale jesli juz to robi, jak w tym numerze, robi to doskonale!

Inny przyklad? Kawalek juz prezentowany, ale przeszedl raczej bez echa (tylko na blogu, bo wszyscy, ktorzy slyszeli go u mnie lub ode mnie padali na kolana:-). Jak dla mnie duet dosc dziwny, bo sentyment do Rickiego Martina mam raczej umiarkowany. Jednak w tym wydaniu, malo ze nie przeszkadza, jest po prostu niezly... Tu recuerdo...

Smiem twierdzic, ze ten usmiech wywolalby syndrom miekkich kolan nawet u najwiekszego twardziela:-)

I kolejny przyklad... Tez juz kiedys wrzucony. Tym razem to La Mari otrzymala wsparcie od Bebe. Niemniej, duet ognisty! Przy okazji calkiem dobry przyklad na róznice w hiszpanskim z Hiszpanii - La Mari leniwie zjada literki, a Bebe sepleni... Olvidarme de ti...

A tak gwoli wyjasnienia. Szukalem kolejnych, po Papeles mojados, klipów do nowej plytki Chambao, o której jakis czas temu pisalem. Plyte, zgodnie z oczekiwaniami, udalo mi sie kupic na lotnisku w Madrycie w drodze powrotnej z Meksyku. Nie obylo sie jednak bez malych stresów.

Album ukazal sie kilka dni pozniej niz wstepnie zalozono - 16 a nie 12 listopada. Tego dnia lecialem do Meksyku. Liczylem, ze mimo póznej godziny (okolo 23), sklepy na Barajas beda jeszcze otwarte. No niestety, przeliczylem sie. W drodze powrotnej stres byl spowodowany sytuacja odwrotna - na madryckim lotnisku bylem troche po piatej rano, a samolot do Londynu mialem tuz po ósmej, wiec godzina, jak na otwieranie sklepów, dosc niewdzieczna. Na szczescie okazalo sie, ze Madrileños, prznajmniej ci pracujacy na lotnisku, nie sa az tak leniwi, jak ogólnie mozna by sadzic o Hiszpanach;-) Zakupy moglem zaczac juz o 6:30, ale pojawil sie kolejny problem. Jedyny (!!!) bankomat na terminalu obslugujacym polaczenia Madrytu z reszta Europy nie dzialal, mojej debetówki nie chcieli mi zaakceptowac (w Meksyku nie bylo z nia problemów) i musialem sie naprawde bardzo skupic, zeby przypomniec sobie pin do kredytówki, której w zyciu nie uzywalem. Najwazniejsze, ze sie udalo. Choc, przyznaje, bylem bliski histerii... a pinu i tak nie pamietam:-)

A plyta Con otoro aire? Calkiem niezla, choc trzeba sie przyzwyczaic. Przez inspiracje arabskie i pólnocnoafrykanskie odbiega nieco od dotychczasowego Chambao, ale nie brakuje jej niczego. Polecam!

Na koniec jeszcze mala prosba do tych czytelników, którzy wladaja mowa Cervantesa lepiej ode mnie (czyli wiekszosc;-). Czasownik dejar(se) od zawsze sprawial mi problemy. Czy ktos moze mi wyjasnic, a moze potwierdzic, ze tytul pierwszego kawalka to "pozwol mi zyc (po swojemu)"? I dalej, co znaczy, dosc czesto uzywane deja me caer? Nie siegam slownika, a nie bardzo chce mi sie wstawac;-)

Balkany zjednoczone... na planie filmowym


Jest rok '87. Posterunek Jugoslowianskiej Armii Federalnej na granicy z Albania. Wsród kilkudziesieciu zolnierzy znalezc mozna przedstawicieli wszystkich narodow wchodzacych w sklad wieloetnicznego panstwa stworzonego przez Wielkiego Marszalka Tito. Choc krwawa wojna domowa czai sie juz tuz za rogiem, na placówce panuje spokój. Rekruci jednak, czesciej niz imionami, zwracaja sie do siebie per Dalmatynczyku, Pastuchu z Bosnii, Skurwielu z Belgradu... a wszelkim niepokojom, ktore zaczynaja wstrzasac panstwem, winni sa "ci pieprzeni Slowency".

Ogólna sielanke przerywa niecodzienne (choc moze znowu nie az tak bardzo niezwykle, jak na realia wojskowe) wydarzenie: dowódca jednostki zlapal syfa od jednej z garnizonowych kurewek. Problem w tym, ze leczenie potrwa okolo trzech tygodni i w tym czasie porucznik nie moze pokazac sie w domu. Oglasza wiec... stan zagrozenia ze strony Albanii, cofa przepustki i obwarowuje sie w "forcie" na wzgórzu.

Tak w skrócie mozna strescic fabule "Karaula" - filmu zrealizowanego w zadziwiajacej kooperacji... Serbia i Czarnogóra, Chorwacja, Słowenia, Macedonia, Bośnia i Hercegowina - to wszystkie, o ile sie nie myle, kraje skladajace sie na dawna federalna Jugoslawie. Nad caloscia projetu czuwal zas, uznany na swiecie, szczescdziesiecioletni chorwacki rezyser Rajko Grlić.

W zasadzie do pewnego momentu film oglada sie jak calkiem niezla, w pewnym sensie nawet egzotyczna, komedie. I w zasadzie, kiedy akcja z komedii przechodzi w dramat, mozna z czystym sumieniem wylaczyc telewizor.

...albo czegos nie zrozumialem, albo autorzy nie do konca widzieli co chca przekazac. Mimo wszystko, jednak polecam... chocby ze wzgledu na wyjatkowo urodziwa Verike Nedeska grajaca zone dowódcy posterunku;-)

Trailer pierwszy... chyba oficjalny...

Trailer drugi... sexy...

p.s.: Po nie-wiem-ilu-latach udalo mi sie w koncu dopasc "Jizde" Jana Sveraka. Niestety z tak masakrycznym lektorem, ze nie wiem, czy dam rade obejrzec. Postaram sie... w koncu to jeden z (bardzo) niewielu filmów, które okreslilbym przymiotnikiem "kultowy".

środa, 23 stycznia 2008
RAM

Tematów motoryzacyjnych nie podejmuje raczej zbyt czesto. Jak dotad zdarzylo sie to chyba tylko raz. No moze nie liczac problemu "taksówkowego" pojawiajacego sie przy okazji kazdego wyjazdu. Ale to sie nie liczy.

Tym razem nie moglem sie oprzec z bardzo prostego powodu. Generalnie mam gdzies samochody i jesli juz jakims sie poruszam, to czyims. Wtedy zas nie mam prawa narzekac, wydziwiac, skarzyc sie, itp. Jest jednak kilka (doslownie ze cztery) samochodów, które chcialbym miec. Nawet wszystkie na raz:-) To jeden z nich: nowy dodge RAM... Cudowna zabawka dla duzego chlopca:-)

I jesli, kochani czytelnicy, zastanawiacie sie nad prezentem z okazji trzydziestych urodzin Zwierza, które zblizaja sie wielkimi krokami, to moze... Ale to tylko sugestia;-)
wtorek, 22 stycznia 2008
niebezpiecznie blekitne oczy...

Przedzieram sie wlasnie przez autobiografie Gabriela Garcii Marqueza. Juz chyba wspominalem, ze to jeden z moich literackich guru, dlatego do tej ksiazki podchodzilem z odrobina niepewnosci. Wiadomo... Moj obraz pisarza powstal na podstawie jego powiesci i nie mam zamiaru psuc go sobie jakimis prawdziwymi historiami. Jak dotad, na szczescie, tak sie nie stalo, ale nie doszedlem jeszcze do pikantnych szczegolów politycznego zaangazowania i odwzajemnionej milosci do Fidela C.

Jednak nie wspomnienia z dziecinstwa i mlodosci (póki co) sa dla mnie najwiekszym atutem ksiazki. O tych, to tu, to tam coz juz wyczytalem. Ale jezyk "Zycie jest opowiescia"... Cos niesamowitego! Autobiografia napisana jest tak, jak powiesci mistrza. I co ciekawe, przewijaja sie w niej ludzie i wydarzenia, których tam rowniez mozna spotkac. Choc pod zmienionymi nazwiskami, nazwami, szczególami... To tak, jakby czytac pozadnego "bryka" do twórczosci Marqueza. Z tym malym haczykiem: zeby wiedziec o co chodzi, trzeba zapoznac sie ze wszystkim co napisal wczesniej. Przedsmak takich "podpowiedzi" znalezc mozna juz w "Zapachu owocu guawy", tu jednak Gabito osiagnal mistrzostwo.

Nie mam jednak zamiaru laczc prawdziwych wydarzen z tymi ze stron powiesci. Nie w tym rzecz. Poza tym, to robota na dobrych kilka miesiecy. Jak juz napisalem, zaskoczyl mnie jezyk, dokumentalnej jakby nie bylo, ksiazki. Postanowilem wybierac najsmaczniejsze ze smaczków. Zainspirowaly mnie do tego "niebezpiecznie blekitne oczy". Bo jak, do cholery, oczy moga byc "niebezpiecznie blekitne"? Co wiecej, jaki geniusz tak wlasnie potrafilby je opisac? Ja znam tylko jednego... Niestety, inspiracja pojawila sie dopiero okolo stotrzydziestej strony, wiec wszystkie wczesniejsze przejawy geniuszu (tlumaczy równiez!) chwilowo sa skazane na zapomnienie.

Jak dotad, moja subiektywna uczta slowna sklada sie z nastepujacych dan:

- krótki, konkretny i wyjasniajacy wszystko opis piosenki:


"Spiewalem Labedzia. Sentymentalna piosenke o labedziu bielszym od platka sniegu zabitym wraz z ukochana przez mysliwego bez serca." [s. 130]

- troche sexu:

"(...) az umarlem na niej, chlupoczac w soku jej ud mlodej klaczy." [s. 143]

"W lozku radosna, miala orgazmy wstrzasajace i przygnebiajace, a jej instynkt milosci wydawal sie nalezec nie do czlowieka, lecz rozszalalego strumienia." [s. 188]

"Mój brat Luís Enrique, który byl juz weteranem w sprawach ciala, pekal ze smiechu na samamysl, ze ktos w naszym wieku chce placic za to, co dwie osoby robia ze soba i co obojgu sprawia radosc." [s. 144]

- wielodzietnosc:

"rodzinny entuzjazm demograficzny" [s. 137]

- o zawodzie pisarza (zanim nim zostal):

"Jesli mialbym byc pisarzem, to tylko naprawde wielkim, a takich teraz juz sie nie robi (...). W sumie, zeby umrzec z glodu, sa lepsze zawody." [s. 206]

- o pogodzie w Bogocie (choc ja podciagnalbym to rowniez pod Anglie):

"(...) bezsenny drobny deszcz padal bez przerwy od poczatków szesnastego wieku." [s. 161]

- o kolumbijskim systemie partyjnym:

"(...) jedyna róznica miedzy obiema partiami po wojnie Tysiaca Dni polega na tym, ze liberalowie chodza na msze o piatej, zeby nikt ich nie widzial, a konserwatysci na msze o ósmej, zeby wszyscy mysleli, ze sa wierzacy." [s. 180]

- o chichy:


"(...) barbarzynski trunek z fermentowanej kukurydzy, który zacieci pijacy pedzili przy uzyciu prochu."

dla jasnosci, definicja slownikowa: niskoprocentowy napój alkoholowy zwany równiez piwem kukurydzianym (cerveza de maiz), typowy dla krajów andyjskich i Ameryki Srodkowej. [Slownik terminów geograficznych Ameryki Lacinskiej, s. 94]

- i w koncu o niczym, ale tez ladnie:

"(...) zyjac tak pomiedzy smiechem a lzami (...)" [s. 131]

"(...) wszyscy znali sie nie tylko z imienia i nazwiska, ale ze swoich zyciowych tajemnic." [s. 135]

"(...) ruszylem wiec ulica w strumieniu po kolana, zdziwiony faktem, ze wciaz zyje." [s. 190]


Szukam i rozkoszuje sie dalej...
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: