P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
poniedziałek, 03 listopada 2008
Meksyk na zywo...

Troche jakby mi sie zapomnialo o blogu i niestrudzonych i cierpliwych czytelnikach... Coz... Taka juz ze mnie leniwa bestia:-) Niewazne... Tak sie przyjemnie sklada, ze wlasnie siedze sobie w kafejce w San Andres Tuxtla i pomyslalem, ze moze ktos ma ochote poczytac jak tu jest. Zapraszam: http://kolumber.pl/g/1268-Mexico...%20en%20vivo!

środa, 06 sierpnia 2008
memorias mexicanas 3

[Querétaro... jeszcze raz]

Wraz z pierwszymi promieniami niedzielnego poranka, ze zdziwieniem odkryłem, że Kaśka i Padre zniknęli. "Czyżby tak szybko wymiękli i podziękowali za współpracę?" - pomyślałem, a może nie wytrzymali mojego chrapania, na które tak skarżyła się Aśka? Wychodząc na przedśniadaniową fajeczkę, zauważyłem jednak, że wszystkie graty naszych towarzyszy zostały na swoim miejscu, więc pewnie wyszli sycić się wschodem słońca. I rzeczywiście, po chwili wrócili ze spaceru i mogliśmy iść na śniadanie.

Ja wiem, że smakowanie prawdziwej, lokalnej kuchni jest (i powinno być) nieodłącznym elementem podróżowania. Sam staram się do tej zasady stosować i nie jadam w maku czy innych burgerkingach będąc na końcu świata (btw. w maku nie jadam wcale:-) Ale na litość boską! Jajecznica ze smażoną fasolą i przesłodzony sok z pomarańczy? Dżizas! Toż to zbrodnia! Ale cóż poradzić, gdy człowiek głodny?

Na szczęście przy śniadaniu towarzyszyła nam wyjątkowo urodziwa Meksykanka, co trochę odwracało uwagę od mało apetycznej substancji rozlanej na talerzach. Na oko... mniej więcej trzyletnia i cała umorusana:-) Najwyraźniej zupełnie nie przeszkadało to małemu macho, jeszcze z pieluchą w portkach i grubej wełnianej czapce na głowie, ale już wyglądającemu jak rasowy gangster z LA. Adorował małą
chavite jak tylko się dało. Popisywał się, skakał, tańczył i na tyłku zjeżdżał ze schodów. Niestety, większe zainteresowanie wzbudzał w starszej części porannej, restauracyjnej widowni niż w tej, której chciał zaimponować. Mała księżniczka zdecydowanie bardziej skupiała się na jajecznicy, niż na absztyfikancie. Ehh... Amor es una perra:-)

Szkoda tylko, że nie zabrałem ze sobą aparatu. Parka była naprawdę przeurocza. Wiem, że Kaśka uwieczniła ich, ale, co skandaliczne, do dziś nie przesłała mi swoich fotek!



Convento de la Santa Cruz

Po raczej umiarkowanym zaspokojeniu głodu ruszyliśmy na kolejny obchód miasta. Tym razem, gonieni bardziej czasem, spacerując ulicą Reforma doszliśmy na Plaza de Fundadores, czyli Plac Założycieli, przy którym stoi Convento de la Santa Cruz - klasztor wybudowany w miejscu bitwy konkwistadorów z zamieszkującymi te tereny Indianami Otomi. W jej trakcie miał się objawić Święty Jakub przyczniając się do zwycięstwa Hiszpanów i nawrócenia tubylców. Wydarzenie to upamiętnia skromny pomnik stojący przed klasztornym kościołem.


Indianka sprzedająca (a przy okazji produkująca) rękodzieło

Jakoś umknęło nam, że właśnie jest niedziela i Meksykanie, jak wszyscy wiedzą naród silnie wierzący, pamięta, by dzień święty święcić. W kościele odbywała się msza, a sądząc po ilości gromadzących się na placu ludzi, sprzedawców wszelkiej odpustowej tandety i "małej gastronomii" w wydaniu lokalnym, kolejna miała rozpocząć się już wkrótce. Darowaliśmy sobie odwiedziny... tzn. dziewczyny wpadły na jakąś szybką zdrowaśkę... i pokręciliśmy się trochę pośród sprzedwców. W sumie bez rewelacji. Masa bezużytecznych gadżetów, trochę pirackich płyt i trochę rękodzieła oferowanego przez milczące Indianki, kategorycznie niezgadzające się na fotografowanie. Wszystko to w oparach gotujących się tamales, kukurydzy, rozmaitych miejscowych ciastek smażonych na głębokim tłuszczu, waty cukrowej i niezliczonej ilości owoców, które nam - przybyszom z Europy - ciężko byłoby nazwać, serwowanych na wszelkie możliwe sposoby. Ścieżkę dźwiękową niedzielnego popołudnia stanowiły zaś kolędy wydobywające sie z trzeszczących głośników, które z powodzeniem możnaby grać na imprezach tanecznych. Nie zabrakło też mojej ulubionej... choć na specjalne życzenie... mi burrito sabanero.

Nie da się ukryć, że jako turyści, w nie do końca turystycznym mieście, wzbudzaliśmy zainteresowanie. Głównie handlarzy oczywiście. Jeden z nich, na oko dziesięcioletni, podszedł do sprawy profesjonalnie. Kulturalnie się przywitał i...

- Skąd pan jest?
- Z piekła! Jestem diabłem.
- A nie kupiłby pan różańca? Jedyne dziesięć pesos...

Nie chciałem:-)

Z Plaza de los Fundadores, w dół Calle Independencia, poszliśmy szukać jednego z najbardziej znanych symboli miasta - Los Arcos - akweduktu wybudowanego jeszcze za czasów hiszpańskich. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na świeżo wyciskany sok z grejfrutów. Rozlany w woreczki foliowe, z wciśniętą w supeł słomką wywołał małą konsternację. ...ale nie zaszkodził.


Calle Independencia

Siedemdziesiąt cztery ogromne, kamienne łuki akweduktu, po których do dziś z odległości dwunastu kilometrów spływa do miasta woda, wyglądają nieco abstrakcyjnie przedzielając ruchliwą, kilkupasmową Avenida Zaragoza i sięgając kilkunastu, jeśli nie kilkudzieśięciu metrów. Niemniej - wrażenie spore. Tym większe, jeśli na Los Arcos spogląda się z miradoru - punktu widokowego - oddalonego o pięć minut marszu. Panorama z akweduktem na pierwszym planie, górami w tle i kolonialnym miastem gdzieś pomiędzy, to z pewnościa widok niecodzienny.


Los Arcos

Na tym właściwie zakończyliśmy zwiedzanie Querétaro. Nie licząc oczywiście bajecznie kolorowych uliczek w drodze powrotnej. Ale taki właśnie, jak pisałem na początku, był plan: wyrwać się z Miasta Meksyk zaraz po lądowaniu. Padło na Querétaro i było warto.


Gdyby ktoś się zastanawiał: tak powstaja bajecznie kolorowe uliczki meksykańskich miast:-)

Przed dalszą drogą zaszliśmy jeszcze na drugie śniadanie do najbardziej obskórnej jadłodajni (restauracja, bar, knajpa, a nawet take-away, to nazwy nijak nie pasujące do tego miejsca), jaką w życiu widziałem. Jestem pewny, że wszelkie służby - od sanepidu, po straż pożarną - zamknęłyby "to coś" po pierwszym rzucie oka. Nas skusiły jednak zapachy. Cudowne, wprost nie do opisania, zapachy pieczonego mięsa, smażonej cebuli i inne - bardziej egzotyczne i tym samym trudniejsze do zdefiniowania - wyziewy ulatniające się z garów z sosami. Mimo początkowych oporów, udało mi się przekonać Juanę i Padre, by jednak porzucili lęki i stosując się do najgenialniejszej zasady gastronomii - pełna ludzi knajpa, choćby najbardziej odpychająca, musi serwować pyszne i siłą rzeczy świeże jedzenie - skusili się na rozkosznie pyszną tortę z pieczonym mięsem, serem, setką innych dodatków i zajebiście ostrym sosem, za jedyne osiemnaście pesos. Delicje powiadam... DELICJE!!! Tylko Kaśka stchórzyła, twierdząc, że nadal jest najedzona po śniadaniu... PHI!!! Jej strata. Ogromna!

Kolejnym przystankiem było już San Miguel de Allende.
poniedziałek, 04 sierpnia 2008
memorias mexicanas 2


[Querétaro... cd]

Szybki spacer, nawet przy największym głodzie, musiał się przedłużyć. W końcu nie codziennie spaceruje się po Querétaro, tysiące kilometrów od domu, w promieniach ciepłego, nieuchronnie zbliżającego się ku zachodowi... listopadowego słońca. Swoją drogą, to jeden z bardzo niewielu minusów Meksyku i ogólnie "krajów południowych" - zachody i wschody słońca są tu krótkie, szybkie i raczej mało widowiskowe. Ot... jakby ktoś włączał i wyłączał swiatło.

Querétaro, choć nie leży na głównych szlakach turystycznych... a przynajmniej nie tych z katalogów europejskich biur... zachwyca urodą. Jak większość kolonialnych miast, zabudowane jest parterowymi lub maksymalnie jednopiętrowymi budynkami w najróżniejszych, ale zawsze jaskrawych, kolorach. Na tym tle nawet plamy, odpadający tynk, czy zakratowane okna, obstawione donicami z dorodnymi kaktusami, wyglądają malowniczo i oryginalnie.


Kaktusy okienne

Praktycznie cała "starówka" miasta wygląda jak wycięta z folderu. Generalnie zadbana i czysta, momentami wręcz zadziwia spokojem i ciszą - zjawiskiem niezbyt powszechnym w rozkrzyczanym, roześmianym i pulsującym wszelką muzyką Meksyku. Rzecz jasna w niczym to nie przeszkadza, a nawet, na swój sposób, ułatwia aklimatyzacje;-)

Włócząc się w zasadzie bez planu, doszliśmy do najpiękniejszego (przynajmniej zdaniem znawców sztuki) barokowego kościoła w Querétaro - Templo de Santa Rosa de Viterbos. Fakt, budowla robi wrażenie. Pokryte srebrno-szarymi i czerwonymi kaflami ściany, wspierają powykręcane podpory, przypominające tak gotyckie kościoły, jak orientalne pagody. Wnętrza, jak zdecydowana większość kościołów meksykańskich, ociekają złotem, zadziwiają drobiazgowościa ornamentyki i wręcz przytłaczają bogactwem.


Templo de Santa Rosa de Viterbos

Zdecydowanie "biedniej", choć to słowo nie do końca pasuje, prezentuje się miejscowa, osiemnastowieczna Katedra. Schowana wśród normalnej zabudowy, nie wyróżnia się właściwie niczym szczególnym. Może poza surowością i prostotą wnętrza i nowoczesnymi, abstrakcyjnymi witrażami. Przyjemnie wyglądają też małe drzewa w ogromnych donicach, którymi obstawiono wysokie schody Katedry. Okolice Katedry słyną ze wspaniałych rezydencji. My zaszliśmy, po raz drugi, ale tym razem zupełnie turystycznie do Hotelu Hidalgo. Najstarszy hotel w mieście, ma fantastyczne, ogromne patio kipiące zielenią doskonale komponującą się z pomarańczowo-czerwonymi ścianami i podcieniami.

Kilka kroków dalej, przy Jardin Guerrero, tym samym, na którym wcześniej planowaliśmy nocować pod "pierzyną z gwiazd", zauważyliśmy przygotowania do jakiejś imprezy. Zasiedliśmy więc w pierwszej napotkanej knajpce, by w końcu coś zjeść. Dziewczyny i ja zamówiliśmy coś bezpiecznego. Chyba milanesę i jakieś fajitas z frytkami... W końcu wnętrzności też muszą się zaaklimatyzować;-) Padre, który chciał pokazać jaki z niego macho, zażyczył sobie nie-ważne-co-byle-ostre. Na początku dawał radę, twierdząc, że po prostu pyszności. Radość nie trwała jednak długo. O dokładce, "słodkości" jak sam twierdził, którą zapowiadał na początku, w połowie kolacji nie chciał już słyszeć:-)

Gdy Solem, albo innym lokalnym preparatem, gasiliśmy pragnienie, na skwerze zaczęły się występy. Okazało się, że impreza, to folklorystyczny hołd, dla jakiegoś wybitnego etnografa, który zajmował się badaniem ludowych tradycji regionu. Na scenie co kilka minut zmieniały się, głównie mlodzieżowe, zespoły, mniej lub bardziej widowiskowo prezentujące lokalne tańce. Zabawne, że większość całkiem urodziwych tancerek, przynajmniej o głowę przewyższała swoich partnerów. Pewnie to wynik jakiejś selekcji, ale tak czy inaczej wyglądało to śmiesznie. Jakby dziewczęta tańczyły z dużo młodszymi braćmi.


Familijnie...

Przy kolejnym skwerze - Jardin Zanea - dosłownie parę metrów dalej, załapaliśmy się na kolejną plenerową imprezę - Festivales para la Familia. Jak wynika z nazwy, impreza prawdopodobnie cykliczna. Tej soboty wartości rodzinne wychwalało kilkunastu starszych panów grających na gitarach i przyśpiewujących sobie barytonem:-) Odpuścilismy sobie...


Pieszczota dla zmysłów...

W drodze powrotnej do naszego z trudem znalezionego pokoju hotelowego, zaszliśmy jeszcze do El Rincón de los Sentidos (w wolnym tłumaczeniu Zakątek Zmysłów). Rewelacyjna knajpka z setką mniejszych i większych sal i fantastycznym patio z drzewem na środku. Tam wlaśnie, na wygodnych kanapach, się rozłożyliśmy. Tequila... Wiaderko Corony zasypanej lodem... La vida es un carnaval!:-) Tego dnia jednak, ekipa nie przejawiala szczególnej ochoty do zabawy. I choć to ja nie spałem od czwartku (przypominam, ze jest sobotnia noc), to dziewczynom włączyła się tęsknota za wyrkiem. Cóż... musiałem się poddać...

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
memorias mexicanas 1

[tytulem wstepu]


meksykanskie wspomnienia pisze troche z poczucia obowiazku. nie na sile, ale raczej zeby przypomniec sobie i utrwalic je na przyszlosc. od wyjazdu minelo juz kilka miesiecy, wiec wiele rzeczy najzwyczajniej wyparowalo mi z glowy, dlatego musze posilkowac sie zdjeciami, których przywiozlem kilka tysiecy. moj blad wynikajacy z lenistwa. zobaczymy... mam nadzieje, ze w miare pisania cos mi sie jednak przypomni.

[lecimy]

Kolejny wyjazd do Meksyku planowałem praktycznie od pierwszych dni na Wyspach. Tylko lekko przesadzając mogę stwierdzić, że ta perspektywa trzymała mnie przy życiu. Niestety, z róznych przyczyn, wyjazd był odkładany przez ponad dwa lata. W tym czasie udało mi się odwiedzić Maroko, Kubę, Turcję... i pewnie coś jeszcze, ale nie pamiętam;-) Ostatecznie, mając już wszystkiego dość, ustaliłem sobie nieprzekraczalny termin. Wrzuciłem propozycje trasy na forum meksykańskie i... nie mogłem się doczekać.

Szybko pojawiła się ekipa chętnych na wyjazd. Cała masa chętnych. Pełnych zapału... słomianego:-) Do końca dotrwała tylko Aśka. Nagle zaś pojawiła się Katarzyna, która troche desperacko poszukując kogoś, do kogo moglaby się podłączyć, znalazła mnie na forum. W ostatniej chwili, bez wiedzy i zgody kierownika wycieczki (w mojej skromnej osobie;-) dołączył Juan Victor vel Janusz - ojciec Katarzyny.

W tym składzie, 16. listopada ruszylismy. Aśka i ja z Londka, a nasi, jeszcze nieznani, towarzysze z Warszawy. Spotkanie i oficjalny wieczorek zapoznawczy nastapiło kilka minut przed północą na madryckim lotnisku Barajas [nota bene moim ulubionym lotnisku; nie dlatego, żeby czymś szczególnym się wyróżniało, ale dlatego, że nieodłącznie kojarzy mi się z wyjazdami do Ameryki Łacińskiej].



IBE 6401 - ulubiony lot z ulubionego lotniska:-)

Zbyt długi lot, jak wszystkie loty przez Atlantyk, przebiegł bez żadnych problemów i parę minut po siódmej, cudownie słonecznego sobotniego poranka wylądowaliśmy w Mieście Meksyk - najwspanialszym mieście świata. Na "dzień dobry" lekko skonsternowaliśmy meksykańskich celników, przedstawiając trzy różne wersje paszportów. Na szczeście nie byli zbyt dociekliwi i chwilę później mogłem zaspokoić głód nikotynowy i tłumioną przez cztery lata potrzebę poczucia zawrotów głowy wywołanych wysokością i niemożliwym zanieczyszczeniem powietrza. Takiego smrodu nie poczujecie nigdzie! (i to nie jest plagiat z Cejrowskiego zaciągającego się smogiem na szczycie Torre Latino;-)

[Querétaro]



Właśnie tam...

Miasto Meksyk, zgodnie z planem, zostawiłem sobie (i Dżoanie) na deser. Prosto z lotniska, po zjedzeniu horendalnie drogich tacos (o ile pamietam, 19 pesos za sztuke!!!) i pączków z budyniem, ruszylismy do Querétaro. Autobus Primera Plus - doskonale komfortowy - jedzie około trzech godzin i kosztuje 246 pesos [umówmy się, że, lekko zaokrąglając, 100 pesos to 10 dolarów].

Na miejscu byliśmy wcześnie. Mieliśmy więc dość czasu by zainstalować sie w hotelu i ruszyć w miasto, które z założenia miało stanowić jedynie alternatywę dla noclegu w stolicy. OK, wydawało nam się, że wszystko pójdzie gładko. W końcu przyjechaliśmy na wakacje, prawda?

Autoryzowana taksówka za 50 pesos dowiozła nas do wybranego na chybil trafił hotelu w zatłoczonym centrum historycznym. I tu pierwsze, niewielkie co prawda, zdziwienie - brak miejsc. Cóż... nie jedyny hotel w mieście.

Już bez pomocy, z bagażami na plecach, ruszyliśmy na poszukiwania jakiegoś lokum. Oczywiście oszołomione gorącym popołudniem (przypominam, ze jest 17. listopada), lekką egzotyką i urokiem kolonialnej architektury towarzystwo nie dostrzegało jeszcze zbierających sie nad horyzontem czarnych chmur. Kolejne dwa czy trzy hotele i... brak miejsc. Hmmm... Pewnie dlatego, że szukamy w centrum...

Postanowiliśmy podzielić się zadaniami. Kaśka i ja, jako ci, którzy "znają" hiszpański, dostaliśmy to łatwiejsze - znaleźć dwa wolne pokoje. Aśka i Padre mieli natomiast nie oszaleć z nadmiaru slońca i wrażeń czekając na nas przy Plaza de la Constitución.

Zadanie z pozoru łatwiejsze okazało się niewykonalne. Nie wiem ile hoteli, hosteli i pensjonatów odwiedziliśmy. Na pewno kilkanaście. Obdzwoniliśmy też te leżące na obrzeżach miasta. I nic!! W odruchu absolutnej desperacji zajrzeliśmy nawet do Grand Hotelu z pokojami za 2000 pesos, ale nawet stamtąd odeszliśmy z kwitkiem.

Dwa wyjścia: albo spimy na ławce w przytulnym Jardín Guerrero, albo jedziemy dalej, do San Miguel. Tylko jak przekazać tą smutną wiadomość wiedzącemu wszystko Juanowi Viktorowi i oszołomionej otoczeniem Aśce? Poszło łatwiej niż mogło się wydawać. "Nigdzie nie jedziemy! Szukamy dalej!" - oznajmił glosem nie znoszącym sprzeciwu Padre. No skoro taka decyzja, to szukamy. Na oślep. W informacji turystycznej dostaliśmy namiary na kilka hoteli, których nie było w "Pascalu". Niestety, i to naprawde przestalo być już zabawne, wszędzie słyszeliśmy to samo.




Chcesz zobaczyć więcej? Zajrzyj do galerii!

Po dobrych kilku godzinach i przy pierwszych objawach rezygnacji zaszliśmy do Mesón de Carolina, przy Calle Reforma, dosłownie kilka kroków od Plaza de la Constitución. Ale nie miejmy złudzen: brak wolnych pokoi. Jednak recepcjonista, dostrzegając wstępne oznaki załamania, z własnej woli zobowiązal się obdzwonić wszystkie znane mu hotele w mieście i wydrukowł nam kolejną listę adresów... [masz dość? to postaw się w NASZEJ sytuacji!]

Nikłym pocieszeniem był dla nas fakt, że recepcjonista co chwilę odprawiał kolejnch przyjezdnych. Tak to jest, gdy odwiedza się jedno z najbardziej zasłużonych dla historii Meksyku miast w długi weekend przy okazji rocznicy Rewolucji Meksykańskiej.

Nagle, choć z naprawdę dużą doza nieśmiałości, Najwspanialszy Recepcjonista Świata zasugerował, że może... o ile nie mamy nic przeciwko... jeśli nam nie przeszkadza... i jeśli rzeczywiście jesteśmy zdesperowani... że może jednak miałby pomysł na rozwiązanie naszych problemów, ale nie jest przekonany, czy bedzie nam to odpowiadało, bo to... szesnastoosobowa suita. Nasze poczatkowe przerazenie minęło, kiedy podał zupełnie niewygórowaną cenę: po 350 pesos na głowę. Każdemu przypadły po dwa ogromne łóżka, a do tego kuchnia, łazienka (po w sumie juz kilkudziesięciu godzinach podróży, wszyscy marzyliśmy o prysznicu) i sniadanie. Rewelacja!!!

Querétaro skazane było juz jednak na bardzo szybki spacer... i to głównie w poszukiwaniu miejsca na porządną kolacje i zimne piwko.

niedziela, 03 lutego 2008
Akta w sprawie numer 1780/93-05

"(...) 8 maja 1994 roku. Trzysta metrów od autostrady (...), znaleziono cialo okolo dziesiecioletniej brunetki o malym nosku, waskich ustach, drobnej twarzy. (...) Cialo nosi slady przemocy
(...). (...) przyczyna smierci bylo uduszenie (...)." [s. 19]

"Brenda Berenice miala piec lat, jest najmlodsza "umarla z Juárez". (...) Zgwalcono ja, a potem zasztyletowano." [s. 21]

"(...) Przed smiercia zostala zgwalcona i byla torturowana. Sekcja zwlok wykazala, ze zabójca lub zabójcy wyrwali jej lewa piers i prawy sutek." [s. 23]

"17 maja, zaledwie czterdziesci osiem godzin po znalezieniu zwlok siedmioletniej Aris Estrelli Enríquez Pando, dziesiecioletnia Anahí Orozco Lorenzo zostala zgwalcona, uduszona i podpalona. Mala Aris zaginela 2 maja. Przed smiercia zostala zgwalcona przez conajmniej dwóch sprawców, zadano jej wiele ciosów nozem, a potem jej cialo zalano betonem." [s. 39]

"6 pazdziernika 1998 roku (...), odnalezione zostaly zwloki bestialsko zamordowanej dwudziestoletniej dziewczyny. Ofiare zgwalcono, a nastepnie ukamienowano. Zabójcy takze wielokrotnie miazdzyli jej cialo, najezdzajac na nie samochodem." [s. 147]

Dosc? A co jesli takich opisów jest jeszcze kilkaset? I to w kartotekach komisariatów jednego tylko miasta - Ciudad Juárez na granicy meksykansko-amerykanskiej.

Sprawa niemal masowych morderstw kobiet w tym meksykanskim miescie nie jest nowa. Napisano o niej setki artykulów i kilka ksiazek, nakrecono dziesiatki dokumentów, nagrano pare piosenek, powstala nawet telenowela. Ba! W Polsce tez, kilka lat temu, (bodajze) TVN zrobil na jej podstawie serial dokumentalny.

Od 1993 roku (tytul notki to sygnatura jednej z pierwszych spraw tzw. "umarlych z Juárez") w mniej lub bardziej niewyjasnionych okolicznosciach gina tam mlode kobiety. Oficjalne statystyki mówia o okolo pieciuset zamordowanych. Nieoficjalne, które obejmuja równiez nierozwiazane sprawy zaginiec, podaja nawet szokujaca liczbe blisko pieciu tysiecy!!!

Rzecz jednak nie w makabrycznych opisach i liczbach, ale w braku wyjasnien i rozwiazania wciaz istniejacego problemu.

Wlasnie przeczytalem "Miasto morderca kobiet". Kronike/reportaz podsumowujacy trzynascie lat tragedii, autorstwa Marc'a Fernandez'a i Jean-Christope'a Rampal'a. Jak wspomnialem, o "umarlych z Juárez" napisano i powiedziano juz bardzo wiele. Ta ksiazka, nie jest jednak kolejna z wielu. Jest wyjatkowa. Francuscy dziennikarze spedzili w Juárez wiele miesiecy, starajac sie zbadac wszelkie aspekty kobietobójstwa. Od tych najbardziej fanastycznych, po "zwykla" przemoc domowa. Co istotne, nie wydaja wyroków. Poza oczywistym wytykaniem bledów organom sledczym, nie znajdziemy tu oskarzen i jawnych pomówien. Autorzy rozmawiali zarowno z rodzinami zamordowanych, przedstawicielami organizacji pozarzadowych, wladzami federalnymi, stanowymi i miejskimi, jak i z oficjalnie skazanymi za czesc zbrodni. Czesto, ryzykujac zycie (to nie przesada), docierali do skorumpowanych policjantów i polityków, zadajac przy okazji najbardziej bezczelne pytania.

Wnioski plynace z ksiazki sa dosc oczywiste:

"Brutalni mezowie, przestepcy seksualni mieszkajacy po drugiej stronie granicy, skorumpowana policja, seryjni mordercy, handlarze narkotykow, a takze setki fabryk marnie oplacajacych swoje pracownice, które z trudem wiaza koniec z koncem, niewielka liczba szkól i szpitali, kiepska infrastruktura (na jedna szkole przypada az dziesiec barów) - przyczyny kobietobójstwa maja charakter strukturalny." [s. 204]

Jesli raporty z sekcji zwlok ofiar sa przerazajace, co mozna powiedziec o stanowisku lokalnych wladz? Arturo González Rascón - minister sprawiedliwosci stanu Chihuahua w 1999 roku:

"Pewne kobiety, które z uwagi na warunki w jakich zyja, i miejsca, w jakich przebywaja, sa wystawione na niebezpieczenstwo. Bo trudno nie zmoknac, gdy wychodzi sie na ulice w czasie deszczu". [s. 29]

Ale nie chodzi tylko o seksistowskie i dyskryminujace ubogie kobiety oficjalne stanowiska. Jak rozwiazac... czy raczej KTO ma rozwiazac sprawe jesli policja falszuje dowody, torturami wymusza zeznania na "kozlach ofiarnych", a niewygodnych swiadków "eliminuje" sam komendant? Problem jest zlozony. Z jednej strony korupcja i bezkarnosc morderców, z drugiej konflikty kompetencyjne uniemozliwiajace zewnetrznym sledczym zaangazowanie sie w sprawe. Nadzieje na zmiany pojawily sie wraz z przelamaniem monopolu rzadzacej Meksykiem przez z góra siedemdziesiat lat PRI i objeciem urzedu prezydenta przez Vincente Foxa. Niestety i on, zmuszony postepowac zgodnie z konstytucja, nie byl w stanie wiele zdzialac.

Masakra kobiet w Ciudad Juárez trwa, a haslo "Ani jednej zamordowanej wiecej!" pozostaje wciaz tylko pustym sloganem. Jak dlugo? Tego chyba nie wie nikt...

****

Suplement multimedialny;-)

Wzbudzajaca wiele kontrowersji piosenka supergrupy Los Tigres del Norte Las mujeres de Juárez...

Los Tigres del Norte - Las mujeres de Juarez

[kliknij na glosnik, aby przejsc do strony z piosenka]

ponizajaca i uwlaczajaca
nietykalna bezkarnosc.
kosci na pustyni
glosza okrutna prawde:
umarle z Juárez
to nasza narodowa hanba...

Moze nie powalajacy, ale ciekawostka... Bordertown... Dosc sensacyjne spojrzenie na sprawe "umarlych z Juárez"...

I jeszcze dwa filmy, ktore pozornie nie maja nic wspolnego z tematem.

Traffic... czyli jak dzialaja meksykanskie kartele narkotykowe...

Man on fire... calkiem niezly przyklad na korupcje i degeneracje meksykanskiej policji. Organizacja wzorowana na La Hermandad, pod nazwa La Linea (Granica) dziala w Ciudad Juárez...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: