P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
poniedziałek, 04 grudnia 2006
Ostatni poranek w Marakeszu...

Pobudka o 3:50... MASAKRA!!! Nie wiem gdzie jestem... Na sniadanie suchy marokanski chleb za dirhama, jogurt, pepsi i woda kupione w sklepie za rogiem. Mix troche wybuchowy, szczególnie jogurt z pepsi.

Okolo czwartej wielkie zdziwienie - z minaretów rozlega sie wezwanie na pierwsza modlitwe. Akurat pale papierosa w oknie i widze, ze na ulicach juz calkiem sporo ludzi.

O 5:15 zjezdzamy na dól. Pierwszy raz rano winda nie jest zawalona walizkami francuskich emerytów i nie musimy zbiegac z plecakami z czwartego pietra, jak to bylo codziennie rano w porze sniadania (moze jest troche za wczesnie, ale na taxi nie czekalismy sami). Z zalem oddalismy klucz, pozegnalismy sie z moim mówiacym tylko po arabsku i francusku kolega od haszyszu i dziwek. Chyba nie zrozumial ze chcielibysmy tu jeszcze wrocic... trudno, moze nas pozna i sie ucieszy.

Taksowka na lotnisko wyszla nas trzy razy taniej niz z lotniska, pierwszego dnia - 50 dirhamów, ale widac bylo, ze kierowcy i tak glupio tyle rzadac... nawet sie nie targowalismy.

Po drodze ze zdziwieniem obserwowalem, calkiem ruchliwe jak na wczesna pore kawiarnie, w ktorych pierwsi klienci popijali sobie mietowa herbate czy poranna kawe i bary serwujace marokansko-francuskie sniadania.


... czas wracac... niestety

Odprawa, podobnie jak przy przylocie, byla troche dluga i meczaca, ale to chyba nic niezwyklego przed 6. rano.

Z malym opóznieniem, pare minut przed 8. zostawilismy senny jeszcze Marakesz-Marraksz...

como se fue esta noche, la ultima vez...

Po obiedzie, po raz ostatni zaszlismy na suki, aby kupic czajniczki i szklanki do parzenia mietowej herbaty. Wybór jest, rzecz jasna, ogromny i dlatego kupilismy pierwsze z brzegu imbryki po 100 dirhamów za sztuke. Wiekszym problemem okazaly sie szklanki. Zgodnie uznalismy, ze nie chcemy niesamowitych, recznie malowanych, bajecznie kolorowych i ozdobionych zlotem i srebrem... itp, itd, którch strach dotykac, a ktore w dodatku kosztuja fortune. Szukalismy prostych, malych szklanek, takich z jakich popijaja Marokanczycy, i do ktorych przyzwyczailismy sie odwiedzajac przynajmniej kilkanascie barow, restauracji i kafejek.

Latwo nie bylo, ale udalo sie. Znalezlismy goscia, który zdziwil sie wielce, ze bardziej podobaja nam sie nam zwyczajne szklanki niz male dziela sztuki, które gotow byl oddac pol-darmo. Nie dalismy sie namówic, ale za to dowiedzielismy sie, ze szklaneczki nadaja sie równiez do picia whisky, co tez ów sprzedawca czyni... tylko w maju i w czerwcu i z wyjatkiem piatków:-) Troche to naciagana "droga srodka" muzulmanina, który, jak ostatecznie skonsultowalismy z Mohammedem, absolutnie i pod zadnym pozorem nie moze pic alkoholu.

Gdy wrócilismy na plac, zobaczylem chyba najbardziej niezwykla scenke, jaka zdarzylo mi sie ogladac w Marakeszu. Okolo 10. slepców siedzacych sobie w rzadku i spiewajacych a'capella jakas wesola piesn, proszac jednoczesnie o jalmuzne... Widok co najmniej niecodzienny.


Ola w Café les Negociants...

Ostatnia mietowa herbata na placu w slynej Café de France. Chwila spokoju i nostalgia, ze tojuz prawie koniec. Kolejne 100 razy no... merci sprzedawcom ciastek, kapeluszy, pucybutom... Spacer Ave Mohammed V w drodze powrotnej zajal nam z godzine, ale i tak musielismy przysiasc w naszej ulubionej Café les Negociants na rogu Ave Mohammed V i Blvd Mohammed-Zerktouni. Mimo ze zawsze pelna, mimo ze siadalismy w róznych miejscach, zawsze zajmowal sie nami ten sam malutki,wasaty i przesympatyczny kelner. Dziwil siewprawdzie mojemu nowemu nawykowi placenia za zamówienie, gdy tylko je przyniósl, ale chyba zrozumial, ze pojelsimy zabawe w sztuczny tlum w knajpach i jakos sie z tym pogodzil. Picie mietowej herbaty jest o wiele przyjemniejsze, jesli choc w przyblizeniu wiesz kiedy sie skonczy. Chociaz tak na prawde, tym razem wcale nam sie nie spieszylo. Siedzielismy wspominjac te kilka dni, jakby minal co najmniej miesiac, obserwujac zycie ulicy, obgadujac lub zachwycajac sie uroda i moda miejscowych i turystow, obserwujac "prace" sprzedawców papierosów na sztuki, którzy chodza miedzy stolikami pobrzekujac garscia monet.


...i ja w Café les Negociants

Na koniec pozostalo nam "Trio Latino". Wpadlismy "na cole"... Wypilismy po Coronie. Jakos tak milczaco bylo.

Kiedy zbieralismy sie do wyjscia, Mohammed byl zajety,wiec postanowilismy zawinac sie po cichu, bez pozegnania i robienia zbednych szopek. Przed wejsciem wpadlismy na ochroniarza/zastepce bossa, który zdziwil sie bardzo:
- Dokad to o tak wczesnej porze? - zapytal.
- Do domu... do hotelu.
- Ale jeszcze wczesnie. Wrócicie pózniej? Prawda? - z dziecinna wrecz naiwnoscia zapytal ogromny facet.
- Nic z tego. Jutro rano wylatujemy. Musimy sie spakowac... wczesniej polozyc.
- Mam nadzieje ze wymieniliscie maile i numery telefonow - zapytal siegajac po wizytówke knajpy.


Mohammed po raz ostatni

W tym momencie z "Trio" wybiegl Mohammed. Podobno jego spojzenie bylo rozpaczliwe (tak twierdzila Olka), "kiedy ich oczy po raz ostatni sie spotkaly...". Jedno z nich chyba wpadlo...

Pozegnalismy sie do wrzesnia. Moze sie uda.
Najpiekniejszy palac swiata

Piatek - ostatni dzien... Z zalozenia musial byc od rana smutny. Chcielismy sie nawet obrazic i nie pójsc na, jeszcze bardziej dolujace, sniadanie. Jednak jakos przezwyciezylismy niemoc i po sniadaniu, i obowiazkowej sjescie, postanowilismy po prostu polazic po miescie.

Wsród miejsc, które moznaby jeszcze zobaczyc znalazl sie m.in. Teatr Królewski, który wypatrzylismy z okna autobusu wracajac z Essaouiry. Podswietlony, otoczony palmami wygladal calkiem interesujaco. W dzien zmienil sie w "po prostu ladny budynek". Bez nocnych efektow nie robil juz takiego wrazenia.


Teatr Królewski w Marakeszu

Spacerujac w strone centrum, w skwarny dzien, zobaczylem znak (drogowskaz), z ktorym równac moze sie tylko latynoamerykanska "curva peligrosa". Drogowskaz wskazywal kierunek... narciarskich tras zjazdowych w górach Atlas. Wiem ze to nic specjalnie niezwyklego, ale mimo wszystko palmy, skwar, handlarze polewajacy woda chodniki przed sklepami... a na tle tego wszystkiego widmo sniegu i mrozu, raptem kilkadziesiat kilometrow dalej.

W najwiekszy skwar wybralismy sie zobaczyc grobowce Saadytów, kolejne miejsce obowiazkowe z przewodnika, a poza tym grobowce jakos tak w naturalny sposób kojaza sie z chlodem, którego deficyt zdecydowanie odczuwalismy. Grobowce sa miejscem ostatniego spoczynku sutanów, ich rodzin i dostojników dynastii Saadytów. Pierwsze mogily pochodza z XVI wieku, a w sumie pochowano tu kilka setek osób. Najwazniejszych chowano w jednym z dwóch ogromnych i pieknie ozdobionych grobowców, przypominajacych raczej palace.


Grobowce Saadytów

Nekropolia przetrwala niszczycielskie panowanie sultana Mulaja Ismaila, który zdewastowal znaczna czesc budowli wmiescie, wzniesionych przez jego poprzedników z innych dynastii. Ocalenie mauzoleum zawdziecza prawdopodobnie przesadnosci sultana obawiajacegosie ewentualnej zemsty zza swiatow. Zamiast niszczyc, kazal zamurowac grobowce i ak przetrwaly w ciszy do 1917 roku, kiedy to jesdenz francuskich gubernatorów wypatrzyl je z samolotu.

W przewodniku znalazlem dobra rade odnosnie odwiedzin grobowców: najlepiej robic torano, kiedy nie ma tu jeszcze zbyt wielu turystow. Rada, która powinnismy wziac sobie do serca, bo w czasie naszej wizyty tlok byl taki, ze przed poszczegolnymi pomieszczeniami ustawialy sie dlugie kolejki, a wyjscie/wejscie bardzo waska sciezka prowadzaca do mauzoleum, odbywalo sie bokiem, przy scianie. Dopiero na placu przed meczetem Kazba zrobilo sie troche luzniej i moglismy zlapac oddech.

Idac wzdóz murów mediny, doszlismy pod Palais el-Badi (ten, który okrazalismy we wtorek), i tym razem, bez problemów znalezlismy, nieco ukryte, wejscie palacu. Budowany przez 24 lata, na przelomie XVI i XVII wieku el-Badi, uchodzil wówczas za jeden z najpiekniejszych palaców na swiecie. Materialy do jego budowy sprowadzano m.in. z Wloch i Indii (!!!)... Niestety, dzis palac to tylko ruiny. W niespelna sto lat po ukonczeniu budowy, sultan Mulaj Ismail polecil zniszczyc el-Badi, a odzyskane materialy wywiezc do nowobudowanej stolicy - Meknesu.


Palais el-Badi

Nie potrzeba wiele fantazji, by wyobrazic sobie jak palac mógl wygladac. Wysokie na kilka pieter mury, z których wystaja instalacje wodne i kanalizacyjne (!!!); na glównym, ogromnym jak kilka boisk dziedzincu, cztery duze baseny (?), z których dwa, to dzis gaje pomaranczowe; do tego caly system podziemnych magazynów i lochów, ktore o dziwo mozna zupelnie swobodnie zwiedzac... z dusza na ramieniu... Nad palacem zas kraza setki bocianów, które najwyrazniej upodobaly sobie to miejsce sadzac po ogromej ilosci gniazd na szczytach murów.


Ola w lochach el-Badi

Podczas spaceru po podziemiach, Ola dostala wiadomosc od Mohammeda, ze jest na Dzemaa el-Fna i chcialby sie z nami spotkac, ale, niestety, z el-Badi na Dzemaa jest kawalek i gdy w koncu tam dotarlismy, Mohammed byl juz w drodze do pracy. Przysiedlismy wiec na obiad w jednej z malenkich restauracji (raczej dla miejscowych) na obrzezach placu. Zamówilem danie, którego nazwa od pierwszego dnia zaintrygowala mnie, bo... nie bylem w stanie jej przeczytac, a tym bardziej powtórzyc. W praktyce byl to smaczny kurczaczek z surówkami, w sumie za 40 dirhamów, ale sama nazwa zajmujaca pól linijki w menu, warta jest polowe tej kwoty;-)

środa, 29 listopada 2006
Lekcja Islamu

Przy okazji tych rodzinno-zawodowych dyskusji, na chwile powrócil tego wieczoru temat religii. Choc sam Mohammed nie uwaza sie za dobrego muzulmanina... malo tego, uwaza sie za zlego muzulmanina, to po kilku pytaniach (czasem moze prowokacyjnych), zaczal mnie przekonywac do wyzszosci Islamu nad innymi religiami. Dopiero kiedy kilkakrotnie i dobitnie powiedziaem ze zadna (!!!) religia mnie nie ineresuje, troche odpuscil. Byla to chyba pierwsza w moim zyciu tak goraca agitka religijna. Goretsza zdecydowanie od nawiedzonych jehowitow, czy rekolekcjonistów myslacych sredniowiecznymi kategorami. Fakt, pierwsza mysl jaka przyszla mi do glowy, gdy Mohammed zaczal sie rozkrecac, to ze zaraz posypie sie grad kamieni na wszystkie swietosci, na których, mimo wszystko zbudowany jest mój swiat, a zaraz potem rozepnie koszule i zobacze pas szahidek (tak sie nazywa pas z laskami dynamitu, jakiego uzywaja terrorysci samobójcy?).

Wielkie zdziwienie mnie ogarnelo, gdy zaczal o szacunku dla innych religii, szczególnie judaizmu i chrzescijanstwa; o tym, ze owszem, religie te sa OK, ale Islam jako najmlodszy, jest najdoskonalszy. Bylo tez o tym, ze zawsze trzeba isc srodkiem... Zadne ekstrema, zadne wyboje, poswiecenia, itp. Takie buddyjskie easy go.

Nigdy nie mialem nic do Islamu i jego wyznawców (poza garstka wysadzajacych sie oszolomów), ale po "lekcji" Mohammeda nabralem do nich jeszcze wiekszego szacunku i zaufania. Tym bardziej, ze podczas calego pobytu w Maroku nie spotkalismy sie z absolutnie zadna ozaka wrogosci ze strony, nawet tych najbardziej ortodoksyjnie wygladajacych, wyznawców prorka Mahometa. ... no moze nie liczac bluzg od fotografowanych dziewczat...;-)
Zycie...

Hotel, jak zwykle, stanowil tylko krótki przystanek na drodze do "Trio Latino", gdzie wyladowalismy poznym wieczorem.

Przywyklismy juz do serdecznych i niezwyklych (jesli o nas chodzi) powitan. Staly sie one normalne (nie mylic ze "zwyczajne"). Oczywiscie od kilku dni Corona zawsze byla schlodzona i nawet nie musielismy o nia prosic - sama zjawiala sie na barze.

W czwartkowe wieczory w marakeskich knajpach zaczyna sie robic tloczno. Glównie za sprawa turystów z miejscowosci na wybrzezu, którzy w weekend chca zobaczyc cos innego niz piasek. Nie inaczej bylo w "naszej" knajpie. Polowe stolków zajela, chyba holenderska, wycieczka zlozona tylko i wylacznie z kobiet.

Mohammed potrafi jednak zadbac o stalych klientów i kazda wolna chwile spedzal na pogaduchach z nami. Nie bylo wprawdzie jakiegos mocno wyartykulowanego "problemu na wieczór", ale rozmowy toczyly sie wokól rodziny Mohammeda, jego zycia i jego planów na przyszlosc. Rzecz jasna w odpowiedzi mówilismy o naszych sprawach. Nie eksploatowalismy go za darmo:-)

Rodzina naszego barmana pochodzi z Agadiru na poludniowym wybrzezu Maroka, ale przeniosla sie nieco na pólnoc, do Safi i tamtejszy adres dostalismy, z zastrzezeniem, ze jest to jednoczesnie zaproszenie.

Jak na Afryke, Mohammed wychowal sie w chyba dosc zasobnym domu, bo jego dwóch braci skonczylo studia i pracuja jako nauczyciele (arabskiego i francuskiego), a on sam przez dwa lata studiowal biologie, ale zrezygnowal i zainwestowal w kurs barmanski. Maroko bardzo szybko i mocno rozwija caly przemysl turystyczny, dlatego jakikolwiek zawód zwiazany z wypoczynkiem czy rozrywka daje lepsze perspektywy niz biologia. Ciekawe jest to, ze Mohammed jako muzulmanin nie moze i nie pije alkoholu, a jest podobno calkiem niezlym barmanem... do tego z koneksjami. Przyznal sie do dobrej znajomosci z przedstawicielem "Johny Walkera" na Maroko (albo Pólnocna Afryke), ktory podobnie jak my mial byc zszokowany, dowiedziawszy sie, ze koles nigdy nie sprobowal swoich, zajebistych ponoc, drinków. No cóz... niezbadane sa wyroki boskie... Bez wzgledu na to jakie ów bóg nosi imie.

Wracajac do rodziny Mohammeda. Oprócz dwóch braci ma jeszcze trzy siostry: dwie jeszcze sie ucza, a trzecia ... jest mezatka. Taka odpowiedz padla na pytanie "gdzie pracuje?". Naturalnym wydalo sie pytanie, czy zamazpójscie jest równoznaczne z porzuceniem mysli o karierze zawodowej kobiety? Mohammed twierdzil, ze absolutnie nie, ze w przypadku jego siostry byl to calkowicie wolny wybór, wynikajacy nie tyle z jakiejs tradycji, czy braku mozliwosci pracy, co jej nieoplacalnosci. Moze troche to naciagane, ale jesli kobieta mialaby sie zacharowywac za nedzne pieniadze, a do tego i tak miec na glowie dom, to moze lepiej miec tylko etat w domu?

Zarobki w Maroku rzeczywiscie do wysokich nie naleza. Najnizsza, gwarantowana, pensja wynosi 1800 dirhamów, czyli okolo 700 PLN. Czy to duzo? Chleb kosztuje 1 DH; duza woda - 5 DH; pepsi - 3 DH; obiad w normalnej restauracji - ok. 40-50 DH; paczka papierosow - ok. 20 DH; piwo - 20 DH; pietnastominutowa przejazdzka taksówka - ok. 20 DH; mietowa herbata w kawiarni - 8-10 DH; mieszkanie w centrum Marakeszu - 60 000 DH (pod tym wzgledem Marakesz jest najdrozszym miastem w Maroku); malzonka - 6000 DH;-)

Pensja Mohammeda jest nieco wyzsza od gwarantowanej - 2400 dirhamów, co on sam uwaza za calkiem przyzwoite pieniadze, wystarczajace na zycie i troche rozrywki. Najwyrazniej jednak nasz marakeski przyjaciel nie jest do konca zadowolony, bo stara sie o pace w Hiszpanii. Mial juz spotkanie w tej sprawie, jak sam stwierdzil - rodzace nadzieje. Oby mu sie udalo. Zawsze mozemy spotkac sie w Europie. Z ewentualnym wyjazdem, o czym zdaje sie juz wspominalem,  laczy tez nadzieje... matrymonialne.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: