P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
środa, 09 lipca 2008
Sahib vs. Sakib*


Od zawsze zastanawiam się nad fenomenem bałkańskiego poczucia humoru, a uściśląjac czarnego humoru. Takiego nagromadzenia ironii, sarkazmu i nadzwyczajnego absurdu w jednym miejscu nie ma nigdzie. Tego jestem pewny. Długo szukać nie trzeba, ale gdyby ktoś akurat nie mógł sobie przypomnieć o czym mówie... Emir Kusturica & No Smoking Orchestra Bubamara z filmu Czarny kot, biały kot...



Ale nie o Kustricy, ani nie o filmie w ogóle dziś chcialem. Bałkany to jedyny kawałek Europy, który co jakiś czas "odwiedzam" w swoich poszukiwaniach filmowo-muzyczno-literackich. Ostatnio wybrałem się na "wycieczek" do Sarajewa...

"Sahib: Impresje z depresji", druga wydana w Polsce powieść Nenada Veličkovića, to dość niezwykła, bo ujęta w formie kilkudziesięciu mejli, relacja ze stolicy podnoszącej się po wojnie Bośni i Hercegowiny. Ich autor, nazywający siebie Sahibem, jest pracownikiem jednej z wielu organizacji pozarządowych, które masowo ruszyły "pomagać" nowo utworzonemu państwu. Wydawać by się mogło, że listy pełne bedą interesujących analiz i spostrzeżeń dokumentujących, jakby nie było, wydarzenie niecodzienne.

W rzeczywistości to opis nieudolności, ignorancji, arogancji, zadufania, zarozumialstwa... tę litanie możnaby ciągnać jeszcze długo... zarówno wszelkich organizacji, jak i ich pracowników. Sahib, angielski gej, w zasadzie nie potrafi nic. Jego jedynym atutem, predestynujacym go do pracy za duże pieniądze, jest... brytyjski paszport. Do czego sam zresztą często się przyznaje. Konketne zadania wykonują za niego głównie młodsi, bądź miejscowi asystenci. On sam zajmuje się plotkowaniem, organizacją "barbekju" i uświadamianiem swojego kierowcy - Sakiba... przed wojną profesora uniwersyteckiego - gdzie jest jego miejsce:

Sakib mówi, że niemoralne jest (...), by ci, którzy w czasie wojny sprzedawali broń, teraz zarabiali na jej niszczeniu. To dobry kierowca, ale kiepski rozmówca. [s. 36]

Nieustannie się dziwię, widząc, że miejscowi uważają nas za równych sobie. Minie jeszcze dużo czasu, zanim do nich dotrze, że nie trzeba być czarnym, żeby być niewolnikiem.
Czasami mam ochote powiedzieć Sakibowi, że fakt, iż trzyma kierownicę zamiast lejcy, nie znaczy, że ze sługi stał się panem.
Wczoraj przez pół godziny przekonywał mnie, że amerykański naukowiec Nikola Tesla urodził się na Bałkanach.
Inkredibl. [s. 103]


To, rzecz jasna, tylko namiastka. Cała książka pełna jest tego typu "głębokich przemyśleń" i "refleksji". Nie da się ukryć, że Veličković nie należy do zwolenników "międzynarodowej pomocy". Jako Jugosłowianin (bo za takiego się nadal uważa, mimo że urodził się w Sarajewie) obwinia świat o nieudolną reakcję na wojny bałkańskie jak i powierzchowne i niekompetentne próby naprawiania sytuacji. Ale nie jest to głos w stylu "dajcie nam więcej". O nie... Wszystko o co prosi autor "Sahiba" to rozsądek i zrozumienie.

A prosi w bardzo słodko-gorzki sposób. Czytając te książke można się naprawdę uśmiać. W zasadzie sto-osiemdziesiąt-kilka stron to jedna wielka ironia. Dopiero kiedy zastanowimy się, że rzeczywiście, ludzie tacy jak Sahib mogą decydować o losie narodów, przychodzi gorzka refleksja. Pytanie tylko, czy jesteśmy w stanie cokolwiek z tym zrobić?

Powieść Veličkovića, w doskonały sposób oddaje też stan duch "człowieka Zachodu". Sahib nie przyjeżdża pomagać, tylko bogacić się, zbierać "kwity" do CV, bawić się w zamkniętym towarzystwie sobie podobnych, czasem załatwić podobną pracę komuś z rodziny lub znajomych, a kończąc misje kupić pamiątki i z podniesioną głową i dumą z dobrze wypełnionego obowiązku wrócić do domu...

Otworzyli nowy souvenir-shop. Sprzedają w nim pociski.
Pociski z tego targu, na którym zginęło siedemdziesiąt osób (pamiętasz, oglądaliśmy to razem, kiedy wróciliśmy ze squasha), odłamek pocisku, który zabił siedemnaścioro ludzi w kolejce po chleb (...).
Wyobraź sobie kolekcje: pociski, które zabiły dziennikarzy, pociski tego samego typu, kule snajpera z tego skrzyżowania...
Pocisk wielkości ziarna ryżu droższy jest od pocisku dużego kalibru, bo ma pedigree, rodowód. Wiadomo, kto go przechował, kto przyniósł do sklepu i, co najważniejsze, jak został znaleziony. Ten mały, bardzo drogi, zabił dziecko.
(...) Chciałem Ci kupić jeden nieoszlifowany. Nie po to, by zaoszczędzić, tylko dlatego, że jego historia jest naprawdę fantastyczna. I dopiero wtedy Sakib powiedział mi, że to nie jest żaden souvenir-shop, tylko performans jego przyjaciela artysty.
(...) Jeszcze trzy godziny i ten pierdolony kraj więcej mnie nie zobaczy.
I za każdym razem, kiedy ktos o nim choćby napomknie, przypomnę sobie, że nasze dzieci też będą żyć z procentów od kredytów, które w trakcie mojego mandatu wcisnąłem tubylcom. [s.174-176]


Refleksja? Niech za jej podkład muzyczny posłuży Tango Apocalypso Boris'a Kovac'a & Ladaaba Orchest...

[jesli video nie zadziała, przejdź na stronę YouTube]

-------------
*Sakib - muzułmańskie imię męskie; w języku potocznym słowo to pisane małą literą znaczy tyle, co towar wysłuzony, zużyty, niewiele warty.
Sahib - pan, gospodarz.

piątek, 02 maja 2008
ksiazka z automatu do kanapek...


[nie lubie zapozyczac od- i cytowac innych blogowiczów, ale tym razem nie moglem sie powstrzymac. nie linkuje bo interesujaca mnie sprawa to tylko fragment wiekszego
postu u andrasol, ale i nie roszcze sobie zadnych praw do tematu:-)]

odkad pamietam, co jakis czas, a to przy kolejnej reformie edukacji, a to z okazji jakiegos "Waznego Raportu", a to znów przy zmianie ustawy o podatku VAT, wyplywa temat dostepnosci i kosztów Ksiazki. sprawa jest istotna nie tyle dlatego, ze ludzie nie znaja klasykow (sam ich nie znosze), ale przede wszystkim z banalnego i, wydawac by sie moglo w XXI wieku egzotycznego, powodu - rosna nam kolejne pokolenia analabetow. nie mam ideologicznego podejscia do lektury. ot, wedle wlasnych, absolunie subiektywnych kryteriow, dziele ksiazki na swietne, dobre i badziewie. i rzadko ma to przelozenie na znaczenie nazwisk na okladkach. nie mam nawet nic przeciwko pop-literzaturze. ale skreca mnie kiedy slysze jak ktos z duma (a na Wyspach zdarza sie to wyjatkowo czesto) mowi, ze W ZYCIU nie przeczytal zadnej ksiazki.

w swojej naiwnosci mysle, ze moze jest to spowodowane banalnym faktem nieobecnosci slowa drukowanego "pod strzecha". no bo albo drogie to-to, albo trzeba isc do biblioteki, albo ksiegarnia zupelnie nie po drodze...

jak rozwiazac ten problem? tego nie wie nikt, ale zawsze mozna próbowac. tak, jak Brazylijczyk Fábio Bueno Netto. wpadl on na rewolucyjny (miejmy nadzieje, ze okaze sie tez rewelacyjny) pomysl sprzedawania ksiazek... z automatów. przerobil lekko mechanizmy maszyn do dystrybucji kanapek i innych przekasek, wylozyl troche grosza i ustawil nowe automaty na stacjach metra Rio de Janeiro i Sao Paulo.

projekt pod nazwa "24X7 Cultural" uzyskal poparcie lokalnych wladz odpowiedzialnych za kulture i ma szanse na dalsza ekspansje. w automatach podpisanych "Livros" mozna znalezc zarowno klasyków, lektury szkolne, nowosci, jak i poradniki (np obslugi Excela;-). cena, srednio 5 reali za sztuke (okolo 7 zlotych), nie wydaje sie byc wygorowana, ale pomnozona przez pietnascie tysiecy (bo tyle ksiazek miesiecznie "wypada" z 20, jak na razie, automatów) daje calkiem przyzwoity zysk.

Fábio jest zainteresowany ekspansja pomyslu, wiec jesli ktos chcialby postawic taka maszyne gdzies w Polsce, na stronie projektu mozna znalezc informacje dotyczace dzierzawy:-)

niedziela, 10 lutego 2008
raju nie ma, a pieklo jest na ziemi...

troche z lenistwa, a troche "ze stanu ducha"...

"Zwatpilem w istnienie Boga, ale nie watpie nawet przez chwile, ze jeszcze nikomu nie zaszkodzilo zyc tak, jakby On istnial naprawde.

Opuscila mnie wiara w niebo, ale wiem, ze pieklo jest, doswiadczylem go na sobie wielokrotnie. Jestem niemal pewien, ze nie ma w nim zadnego diabla - my sobie sami zupelnie wystarczamy."

Miroslaw Zulawski, Ucieczka do Afryki, Wydawnictwo "Twój Styl", Warszawa 2005, s. 74.

i o najgorszym ziemskim piekle... samotnosci...

"Chca zebysmy byli sami (...), bo mówia, ze samotnosc jest potrzebna dla osiagniecia swietosci. Zapominaja tylko, ze w samotnosci pokusa staje sie tym wieksza."

Carlos Fuentes, Aura, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s. 24.

piątek, 01 lutego 2008
skonczyc jak gówno...

na dobranoc jeszcze maly cytacik znaleziony przypadkiem w notatkach (btw, dowiedzialem sie ostatnio, ze jestem dziwakiem, bo robie notatki z ksiazek. hmmm...;-)


"(...) miara czlowieka niekoniecznie jest sukces, tylko wielkosc jego marzen. Wiecej warta jest porazka, kiedy próbujemy stworzyc cos o imponujacych rozmiarach, niz triumf, gdy osiagamy cos ponizej naszych mozliwosci."

innymi slowy:

"Jesli chcesz skonczyc jak gówno, postaraj sie byc wielkim gównem."

Edmundo Paz Soldán, Smierc na ulicy Unzueta, muchaniesiada.com, Kraków 2006, s. 72.

i z takim optymistycznym nastawieniem klade sie spac. o 4:25 wstaje do pracy:-(
poniedziałek, 28 stycznia 2008
niebezpiecznie blekitne oczy...[2]


O co chodzi
pisalem kilka notek temu. Po odlozeniu ksiazki na parapet moge stwierdzi tylko jedno... REWELACJA!!! W zasadzie mozna ja traktowac jak kolejna powiesc Marqueza.

Wbrew wczesniejszym obawom, zadnych natretnych politycznych i ideologicznch wstawek w niej nie znalazlem. Te które sa, ograniczaja sie glównie do komentowania sytuacji w Kolumbii i wypowiada je raczej dziennikarz/obserwator niz znany lewak.

Calosc to po prostu doskonala literatura... Na dowód kilka bardzo subiektywnych "kwiatków":

- jeszcze o Bogocie (samotnosci i przyjaciolach):

"W niedzielne popoludnia, kiedy sala koncertowa byla nieczynna, moja najbardziej pozyteczna rozrywka byla jazda tramwajami o niebieskich szybach, kursujacymi za piec centavos bez przerwy miedzy placem Bolivara a aleja Chile; spedzalem w nich owe popoludnia doroslosci, które zdawaly sie ciagnac za soba niekonczacy sie ogon kolejnych traconych niedziel. Jedynym moim zajeciem w czasie tych podrózy w bledne kólko byla lektura wierszy - tak mniej wiecej strofa co przecznice, póki w nieustajacej mzawce nie zapalaly sie pierwsze swiatla. Wówczas ruszalem na obchód milczacych kawiarni starej czesci miasta w poszukiwaniu kogos, kto zlitowalby sie i pogadal ze mna na temat wierszy, których lekture wlasnie skonczylem. Czasami znalazl sie ktos taki - zawsze mezczyzna - i przesiadywalismy do póznych godzin nocnych w jakiejs zapadlej norze, dopalajac pety wlasnych papierosow i rozprawiajac o poezji, gdy tymczasem w pozostalej czesci swiata ludzkosc oddawala sie milosci." [s. 225]

"(...) w tym miescie o drzwiach zamknietych, gdzie nic nie bylo latwe, a juz najmniej - przezycie bez milosci niedzielnych popoludni." [s. 225]

"(...) najbardziej niemile wspomnienia mego zycia wiaza sie z posepnymi burdelami na przedmiesciach Bogoty, gdzie chadzalismy zakonczyc nasze ponure pijatyki." [s. 236]

"Kiedy po czterech latach wrocilem [do Bogoty], po <El Molino> zostaly zgliszcza, a mistrz przeniósl sie z cala swita przyjaciól do kawiarni <El Automático>, gdzie zaprzyjaznilismy sie przy ksiazkach i wódce, i gdzie nauczyl mnie przesówac pionki na szachownicy, nie liczac na sztuczki i lut szczescia." [s. 222]

- o moralnosci;-) :

"(...) kradziez ksiazek to przestepstwo, ale nie grzech." [s. 231]

- o narastajacej brutalizacji zycia w Kolumbii:

"Najposepniejszy wyraz stanu ducha kraju ujrzeli w ów weekend widzownie corridy w Bogocie: siedzacy najblizej areny rzucili sie na nia, oburzeni potulnoscia byka i nieudolnoscia toreadora, który nie potrafil zabic zwierzecia. Podniecony tlum rozszarpal zwierze na kawalki." [s. 242]

- o Cartagena de Indias (genialne [!!!] opisy miasta na stronach 264-265 i 267-268):

"(...) musialo pozostac w tym miescie cos z boskiego wdzieku, bo wystarczylo bym wkroczyl w jego mury i ujrzal je w calej okazalosci w purpurowym swietle zmierzchu zapadajacego o szóstej po poludniu, zeby ogarnelo mnie silne uczucie, ze oto powtornie sie narodzilem." [s. 264]

"Usiadlem (...) w fotelu godnym arcybiskupa, malowanym w wielkie kwiaty, który spadl mi doslownie jak z nieba po calym dniu spedzonym w palacym sloncu na dachu ciazarówki mojego nieszczescia." [s. 267]

"Byl to konny pomnik Simona Bolivara - ni mniej, ni wiecej tylko samego generala Simona José Antonia de la Santisima Trinidad Bolivara y Palacios, bohatera, którego czcilem od czasu, gdy tak mi nakazal dziadek, ukazujacy go we wspanialym galowym mundurze i z glowa rzymskiego imperatora - obsrany przez golebie." [s. 269]

"Noc zrobila sie pogodna i chlodna, byla pelnia, a cisza zdawala sie niewidzialna substancja, która mozna oddychac jak powietrzem." [s. 270]

"Tak wiec w szescioosobowej celi, na macie przesiaknietej cudzym potem, przespalem moja pierwsza szczesliwa noc w Cartagenie." [s. 271]

- o Barranquila (rewelacyjny opis tamtejszych burdeli na na stronach 288-290:-):

"Nie przypominalo wcale miasta moich rodziców w pierwszych latach ich malzenstwa, miasta moich klopotów z matka ani miasta jezuickiego kolegium San José. Byla to moja pierwsza Barranquilla po doroslemu, czyli istny raj burdeli." [s. 288]

"Dom cnotliwych dziewczat, ktore uprawiaja nierzad z glodu." [s. 289]

"Kupilem sobie spodnie i pól tuzina koszul w tropikalne kwiaty i ptaki, które na jakis czas zapewnily mi cicha slawe okretowego pedala." [s. 325]

Opisy Cartagena de Indias i Barranquilli uwazam za najlepsze fragmenty ksiazki. Oba miasta chce koniecznie odwiedzic (byl plan, zeby zrobic to w tym roku, ale chwilowo sie "przelozyl";-) i Marquez tylko mnie w tym postanowieniu utwierdzil. Nie przytaczam ich w calosci, bo nawet w bardzo okrojonej wersji zajmowalyby zbyt wiele miejsca, ale... wymieklem... polamalo mi nadgarstki... cokolwiek. Chocby dla opisu przygód zwiazanych z tymi karaibskimi miastami warto siegnac po "Zycie jest opowiescia"!

- o przyszlej zonie:

"Zawsze byla wobec mnie wesola i uprzejma, ale miala magiczny talent dawania wymijajacych odpowiedzi, i to tak, ze nie dawalo sie niczego ustalic na pewno. Musialem to przyjac jako strategie bardziej litosciwa niz obojetnosc czy odrzucenie." [s. 328]

- o przygodach z dziennikarstwem:

"Tak mnie zdziwila wysokosc sumy, niezwykla, jak na czas i miejsce, ze nawet nie podziekowalem ani nic w ogólenie powiedzialem, tylko zasiadlem do pisania jeszcze dwóch tekstów, upojony wrazeniem, ze ziemia naprawde kreci sie wokól slonca." [s. 337]

"W owych czasach nie uczono zawodu [dziennikarstwa] na uniwersytetach, trzeba bylo mozolnie zglebiac jego tajniki w u zródel, w smrodzie atramentu i farby drukarskiej, a w "El Espectadorze" pracowali najlepsi nauczyciele, o dobrym sercu i twardej rece. Guillermo Cano [red. naczelny gazety, z nadania, slusznego skad inad, ojca] uczyl sie tam od podstaw, dokonujac wyczynów tak powaznych i wymagajacych erudycji, ze jego pierwsze powolanie wydawalo sie blizsze corridzie niz redakcji." [s. 369]

- o smierci:

"Wkroczyla uszczesliwiona, z otwartymi ramionami, i od progu krzyknela:
- Przyjezdzam sie pozegnac, bo juz wkrótce umre." [s. 342]

- o zazdrosci:

"(...) przez pierwsza noc ledwie wytrzymywalem z zazdrosci, gdyz moi sasiedzi kochali sie, jakby prowadzili uszczesliwiajaca wojne." [s. 366]

- o muzyce:

"(...) wszystko co brzmi, jest muzyka, nawet talerze i sztucce w zlewie, o ile tylko spelniaja zludna nadzieje, ze pokaza nam, któredy toczy sie zycie." [s. 388]

- "jak trwoga to do Boga":

"(...) a my trwamy tam jeszcze tylko dlatego, ze Pan Bóg nas zna." [s. 331]

"(...) po prostu jest tak, ze czasem nawet Pan Bóg musi stwarzac tygodnie trwajace dwa lata." [s. 413]

- o kilku znajomych:

"Wyglaszal wyklad, nie patrzac na nikogo, z tym nieobecnym spojrzeniem inteligentnych krótkowidzów, którzy zawsze sprawiaja wrazenie, ze przechadzaja sie po cudzych snach." [s. 230]

"(...) brzmienie jego glosu mialo hipnotyczna moc zaklinaczy wezy." [s. 230]

"(...) umarl w samotnosci, zwyciezony przez astme kleski (...)" [s. 239]

"Manuel, prócz tego, ze prowadzil charytatywna dzialanosc lekarska, byl pisarzem, dzialaczem politycznym i promotorem karaibskiej muzyki, lecz jego najwiekszym powolaniem bylo znalezc rozwiazanie problemow calego swiata." [s. 273]

 
1 , 2 , 3
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: