P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
środa, 04 lipca 2007
nagle wspomnienie kubanskie

pamietacie jeszcze Urszule i Lukasza, ktorych spotkalismy w Hawanie? nie? tu mozecie sobie przypomniec:
http://mexican.blox.pl/2007/01/Hawana-2.html
http://mexican.blox.pl/2007/01/Hawana-3.html
http://mexican.blox.pl/2007/01/Hawana-7.html
http://mexican.blox.pl/2007/01/Hawana-8.html

dlaczego pytam? otóz, zupelnie przypadkiem znalazlem relacje Lukasza z ich pobytu na Wyspie. wprawdzie nie jest tak powalajaca jak moja, ale przez wzglad na znajomosc, zapraszam do lektury:-)

tekst zatytulowany "Odkrycie Ameryki" znajduje sie na portalu podrózniczym torre.pl. wyslalem im maila z prosba o kontakt do Lukasza, ale jakos obawiam sie, ze nic z tego nie bedzie:-( a szkoda... bo wymienilismy sie adresami, ale ja gdzies posialem moja karteczke, a oni sie nie odezwali... moze nie maja ochoty? dziwne, prawda? ;-)

02:55, zfiesz , Kuba
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 maja 2007
Hawana [33]

Sobota... Co tu duzo gadac? Byla najmniej przyjemnym dniem pobytu, bo ostatnim. Niby mielismy cala mase czasu, ale swiadomosc, ze to koniec, zawsze wplywa na czlowieka dolujaco.

Po sniadaniu i pakowaniu, wybralismy sie na ostatni, dlugi obchód miasta. Nie ma sensu o tym pisac, bo wszystko juz "wiedzieliscie".


Hawana ma to do siebie, ze im lepiej ja znasz, tym bardziej ja kochasz. Nigdy sie nie nudzisz, zawsze wydaje sie piekniejsza, za kazdym razem czeka na ciebie nowa pokusa, rozplywajaca sie w twoim sercu jak miód. Chocby Hawana rozpadla sie na kawalki, chocby umierala z rozpaczy, zawsze pozostanie Hawana. Jesli zas przemierzasz czarodziejska Hawane zakleta w ksiazkach, ktore dla niej napisano i, zamiast po niej spacerowac [...], piescisz ja w swoich myslach jak cierpiaca lunatyczke, jesli w niepewnosci i poczuciu winy towarzyszacym wygnaniu dreczysz sie niemozliwoscia [...], wtedy rozumiesz, ze Hawana, mimo calego cierpienia, wciaz moze byc miastem milosci.
[Zoé Valdés, Oddalam Ci cale zycie]

Wpadlismy do Inglaterry na piwko i do Fin de siglo odwiedzic Roberto "Kretacza", by mu wypomniec, ze kawa w sklepie kosztuje nie 20, ale 15 CUC'ów...

- Co z tego? I tak jestes piatke do przodu... i daj zapalic, a najlepiej daj mi te zaczeta paczke. I tak dzisiaj lecisz, wiec kupisz sobie na lotnisku. Ja mam juz dosc tego tutejszego siana. Zalujcie, ze nie byliscie wczoraj na imprezie, bylo swietni...

Slowotok w najczystszej postaci. Zagadac przeciwnika na smierc. Wyraznie przecwiczona i dopracowana taktyka. Niech mu tam... Przynajmniej sie posmialismy.

Po powrocie z kilkugodzinnego spaceru, w domu czekal na nas Nelson z zamówionymi wczesniej cygarami. Oczywiscie Cohiba i oczywiscie originales. Tym razem wzielismy grube, wielkie faje w ladnych drewnianych pudelkach. Rzecz jasna na pokaz, a nie do palenia, bo moja slabosc do tytoniu nie obejmuje cygar;-)

W drodze na wieczorny wystep, pozegnal sie z nami Ricardo. Na szczescie bylo to krotkie i zdecydowane pozegnanie. Cholera... Mimo granic, berier jezykowych, róznic kulturowych... czlowiek jednak szuka i, co najdziwniejsze, znajduje wszedzie bratnie dusze. I mimo ze nigdy sie nie spotkamy (choc zywimy nadzieje), raczej nie napiszemy (no bo o czym?) i wkrótce (prawie) zapomnimy, to na kazde wspomnienie Hawany, przed oczami stawal mi bedziesz Ty Ricardo - hermano;-)

Kolo dziewiatej przyjechala nasza taksówka i po czterdziestu minutach bylismy znow na lotnisku José Martiego. Wyjatkowo szybki check-in, choc niestety objety specjalna, ukryta opalta celna w wysokosci 25 CUC. Za co? Nie mam zielonego pojecia. Za to, ze zostawiamy kubanski "raj"? Byc moze.

Babeczka, ktora nas odprawiala, byla bardzo zdziwiona, ze nie potrzebujemy wiz ani na miedzyloadowanie w Madrycie, ani na ladowanie w Londynie. Nie chciala tez, chyba, zrozumiec, ze Varsovie chwilowo odpuszczamy i w Londynie wysiadamy na dobre. W tym momencie, po raz kolejny poczulem, ze swiat bez granic to zajebista sprawa. Poza tym, dostalismy najlepsze mozliwe miejsca na dlugi, nocny lot - zupelnie na koncu, w rzedzie przy oknie.

Odprawa paszportowa poszla tez zadziwiajaco szybko. Obylo sie bez dokladnego ogladania i przeswietlania paszportu. Tym razem celniczke zaspokoila odpowiedz na pytanie "jak nam sie sie udaly wakacje na Kubie?". Owszem, udaly sie. Tylko troche krótkie. Ale nic to... Zdazylismy przed Fidelem, a taki byl plan...


KONIEC

[...] tesknic [...] nade wszystko do zapachu Hawany - nieopisanego, nieznosnego, wiecznego. Jest to aromat tak zmienny, a zarazem tak kuszacy, ze móglbym porównac do niego tylko zapach ciala Cuquity Martinez i won policzków swojej córki Marii Regli.
[Zoé Valdés, Oddalam Ci cale zycie]
16:21, zfiesz , Kuba
Link Komentarze (9) »
Hawana [32]

Po koncercie, zgodnie z tradycja, ruszylismy na Malecón, gdzie czekaly na nas dziwki i piwo, czyli wszystko to, co jest potrzebne, by impreza byla udana;-) Ale tak zupelnie powaznie, kiedy tylko doszlismy do knajpy na Maleconie, jak spod ziemi wyrosly dwie wczorajsze milostki chlopakow - Osmar i ta druga... ladniejsza;-)


...ta ladniejsza;-)

Szczerze mowiac, po opowiesciach, jakie nieustannie powtarzali Krzysiek i Popster, nie spodziewalismy sie ich dzis spotkac. I to w tak doskonalych i przyjaznych nastrojach. Oczywiscie laski obcalowaly nas, co wprawilo Renate w niemala konsternacje i zajely zarezerwowane wczoraj miejsca... na kolanach chlopaków. Na nic zdaly sie ich wykrety i udawana obojetnosc. Raz upolowanej zwierzyny, dziewczyny nie zamierzaly wypuscic. Malo tego, kiedy Popster, w desperacji, odwolal sie do ostatecznych argumentow - braku kasy, Osmar rzucila sie na niego ze lzami w oczach upierajac sie, ze nie o pieniadze jej chodzi... Ja oczywiscie musialem to wszystko tlumaczyc, co tez bylo dosc zabawne. Laski, zamiast pytac sie od razu mnie, najpierw prosily Renate o pozwolenie na "wypozyczenie" mnie;-) Za kazdym razem.


Z Ricardo na Maleconie

Krzysiu natomiast, ostentacyjnie olewal "swoja" pieknosc w ramach rewanzu za miniona noc, co wyraznie wprawialo ja we wscieklosc. Miarka sie przebrala, kiedy wzial numer telefonu od kolezanki Osmar. Piekna murzyneczka eksplodowala. Zaczely sie wyrzuty i pretensje, ze "moze i owszem ma meza i moze puszcza sie za pieniadze, ale to jescze nie powod, zeby traktowac ja w taki sposób..." itp, itd. Normalnie telenowela. Czekalem tylko, kiedy Krzychu wyhaczy liscia. Jakos mu sie upieklo, ale dziewcze, krecac zgrabnym tyleczkiem w najbardziej prowokujacy sposób, oddalilo sie do malzonka siedzacego kilka metrow dalej. Wiecej sie nie pojawila.

Znienacka pojawilo sie za to trzech kumpli Ricarda z jego rodzinnego Oriente. Trzech kumpli z gitarami. I dali swietny koncert. Za free. Choc przez chwile wydawalo mi sie, ze jednak oczekiwali jakiejs kaski, ale Rychu cos im wytlumaczyl, bo dalej grali wyraznie mniej popisowo, a bardziej z serca. Kiedy odeszli w noc, Ricardo powiedzial mi, ze, jego zdaniem, szef tej grupy, a jego bardzo bliski przyjaciel, to najlepszy gitarzysta jakiego zna.


Noc jest zywiolem Hawanczyka. Jest oltarzem, na którym sam siebie sklada w ofierze, jak dziwka - nagi i otwarty.
[Zoé Valdés, Oddalam Ci cale zycie]

Nie bylo to ostatnie spotkanie z muzyka tego wieczoru. Zaraz po egzotycznym tercecie, zaatakowal nas duet raperów, którzy twierdzili, ze Orishas to przy nich pionki... komercyjne pionki, a oni graja prawdziwy old school. Malo tego, gdy dowiedzieli sie, ze jestesmy z Polski, goraco zapraszali nas na swój koncert do... Sopotu.

W pierwszej chwili pomyslalem, ze goscie sciemniaja, ale w sumie... Nadbaltycki zdrój jest moze znany, ale czy az tak, by jego slawa dotarla do kubanskich ulicznych old schoolowców. Nie sadze. Moze gdybym w najblizszym czasie wybieral sie do Trójmiasta, zainteresowalbym sie. Niestety, nie planuje.

Kiedy zaczelismy sie zbierac, dopadla nas jakas glupawka - zaczepianie przechodniów, popisy rowerowe, itp. Urzadzilismy tez sobie nocna sesje zdjeciowa na Starówce i na murku zatoki.

Ricardo uznal, ze skoro jutro wyjezdzam, nie ma sensu ze mna gadac i zajal sie nauka hiszpanskego chlopaków. Ze skutkiem raczej umiarkowanym.

Na chwile, we wspomnieniach, wrócila do nas Mercedes, kiedy na drugim brzegu zatoki wypatrzylismy i uslyszlismy dyskoteke el Morro - najwieksza hawanska dyskoteke pod golym niebem. Podobno najlepsze miejsce na rwanie chicas. Tak twierdzil nasz przewodnik po nocnym zyciu miasta.



Z zatoka w tle...

Ostatni przystanek na trasie powrotnej stanowila, jak zwykle, laweczka nad zatoka, tuz pod domem. Na dopicie zaopatrzylismy sie w Bucanero Fuerte (mocne) z maszyny do napojów stojacej przy sklepie z czesciami samochodowymi vis-a-vis "naszej" lawki. Bylo to przedsiewziecie o tyle nielatwe, ze kubanskie maszyny rzadza sie sobie tylko (i Kubanczykom) znanymi zasadami. Wyjecie kilku browarów zajelo nam conajmniej pól godziny. Bez Ricarda w ogóle chyba bysmy sobie nie poradzili. Cos szeptal, glaskal, delikatnie przyciskal i celebrowal wrzucanie kazdej monety i banknotu.

Na murku odwiedzil nas znajomy policjant, który tym razem byl przemily. Nie chcial piwa ani cygara, bo "byl na sluzbie", ale pogadal po przyjacielsku z Ricardem, niczego sie nie czepial, nie legitymowal. Zapytal nas jak nam sie podoba i nawet posmutnial na wiesc o naszym wyjezdzie.

W trakcie pózniejszej rozmowy, Ricardo powiedzial nam, ze pierwszego wieczoru policjanci uczynili go odpowiedzialnym za nasze bezpieczenstwo i jesli cokolwiek by nam sie stalo (nie wazne czy bylibysmy z nim, czy nie), on pierwszy by za to oberwal. Jak widac kubanskie wladze troszcza sie o bezpieczenstwo turystów wszelkimi dostepnymi srodkami. Szkoda tylko, ze cudzym kosztem...



Prawie koniec:-(

W podziekowaniu za ofiarna sluzbe na rzecz pokoju miedzy narodami i naszego swietego spokoju, Krzysiek podarowal Ricardo swoja koszulke "Polska", która nakladal (znane z autopsji) tylko na najwazniejsze mecze siatkarskie;-) W zamian Popster zazyczyl sobie Milagros (rower, dla przypomnienia), z ktorej, z racji problemów logistycznych, zrezygnowal na rzecz wyjsciowych mokasynów Ricarda. Te jednak okazaly sie za male;-)

W sumie moglibysmy sie tak wyglupiac jeszcze dlugo, ale poranek zblizal sie nieublaganie, a alkohol zaczynal z nas parowac.

To przykre, ale ostatnia noc w Hawanie dobiegla konca...


Hawana [31]

Na wieczór, juz bez wiekszych dyskusji, zaplanowalismy Inglaterre. Byly glosy, ze moze warto poszukac jakiejs dyskoteki, czy duzego klubu, ale ostatecznie, obawiajac sie powtórki poprzednich niepowodzen poszukiwawczych, uznalismy, ze na starych smieciach bedzie nam najlepiej. Stare i smieci, ale przynajmniej zanjome.


Inglaterra en la noche

Zreszta zastanawiajacy jest fakt, ze ilekroc pytalismy kogos ze "znajomych" o jakis wiekszy przybytek, zawsze wymienial te w najblizszym otoczeniu. Tak jakby sami Habaneros nie wypuszczali sie dalej niz kilka ulic od domu. Na taksowkarzy nie byla zas sensu liczyc, bo ci zawiezli by nas nie do najlepszej, czy pasujacej nam knajpy, ale do tej, w której dostaja prowizje od przywiezionych turystow. Opcja "Inglaterra" byla wiec jedyna sluszna opcja.

Wejscie mielismy niezle. Gdy tylko zblizylismy sie do hotelu na tyle blisko, by zauwazyli nas muzycy, wszyscy razem odwrócili sie od klientów, zblizyli do barierki oddzielajacej "ogródek" od ulicy i grali tylko dla nas! Pózniej tez grali dla nas. W koncu udalo mi sie wyprosic "Hasta siempre", bez wysluchania ktorej pobyt na Kubie uznalbm za niepelny (wykonanie a'capella z pierwszego wieczoru sie nie liczy;-), a swoja "Cumbie" zagrali dwa albo trzy razy. I to jak zagrali...


Esta cumbia ahora quiero regalarte...


Chcialbym ci podarowac te cumbie...

Wiem ze nic nie widac, slychac niewiele i w dodatku krótko, ale wspomnienia sa wspomnieniami. Poza tym ja i tak za najlepsze uwazam kilka ostatnich sekund tego fragmentu, wiec mi wystarczy;-) No ale jesli komus malo, oto wesja studyjna... zdecydowanie gorsza od tej en vivo...

Agrupación la Verdad del Son - Cumbia

Agrupación la Verdad del Son - Cumbia
[kliknij na glosnik aby przejsc do strony z piosenka]

Tego wieczoru Ricardo i jego koledzy wyraznie przestali sie tez przejmowac turystycznym apartheidem panujacym w hotelu i na calej Wyspie, a kiedy dowiedzieli sie ze to nasza ostatnia noc, spiewali nie tylko DLA nas, ale i O nas. Oczywiscie najwiecej wzgledów miala Renata, czy raczej "mi cunada RRRRRRenata" (moja bratowa Renata;-), jak spiewal Ricardo.


Agrupación la Verdad del Son

W zasadzie nie popisywal sie tylko stary kelner, który od poczatku nie darzyl nas sympatia. Po kilku nieudanych próbach zlozenia zamowienia, olalismy go i zdecydowalismy sie na samoobsluge. W nasze slady poszla wieksza czesc mlodszych gosci, których facet, z niezrozumialych przyczyn, ignorowal. Co prawda pozniej przyszedl nas przepraszac, ale hanby nie udalomu sie zmazac;-)

Mala skaza na tym niemal rajskim krajobrazie naszej ostatniej hawanskiej nocy, byly tez dwie typowe [czyt.: okrutne, straszne, beznadziejnie brzydkie, nieksztaltne, nieforemne, ubrane jak lachmaniary, wytatuowane, zakolczykowane, z kosmicznymi fryzurami, glupawymi usmiechami, szpetne i calkowicie zagubione] Angielki. Zastanawialo nas tylko ile (a musiala to byc kwota niemala;-), te dwie córy Albionu zaplacily skaczacym wokol nich, wypacykowanym czarnym chlopakom, za towarzystwo. Ale to pozostanie ich slodka tajemnica...

czwartek, 03 maja 2007
Hawana [30]

...czyz nie rewelacyjne? Prawdziwy cud w Miami;-)

Oprocz handlu wszelkim dobrem, Roberto, jak przystalo na porzadnego Kubanczyka, zabawia sie równiez w muzyka. Co prawda nie do konca mu wierze, ale twierdzil, ze jest czlonkiem legendarnej (i to naprawde przez duze "L"), grupy Reyes de la Calle... Królowie Ulicy - jednej z pierwszych i najwazniejszych kapel kubanskiego, hip-hop'owego undegroundu...

Znalazlem nawet mala próbke ich twórczosci:


Reyes de la Calle - El mundo va a acabarse... Swiat sie konczy...

Reyes de la Calle - El mundo va a acabarse
[kliknij na glosnik aby przejsc do strony z piosenka]

Oczywiscie nowy kolega zaprosil nas na wieczór do knajpy, gdzie mial odbywac sie jakis koncert, ale jako ze bylo to gdzies w Vedado, czy na Miramarze, w kazdym razie daleko, darowalismy sobie. Choc Roberto mocno nalegal, zapewnial swietna zabawe i opieke.

W drodze powrotnej poszperalismy jeszcze troche po sklepach na Obispo. Jednak tu nie towary, a obsluga jest najwieksza atrakcja. W Longina - podobno jednym z najlepszych sklepow muzycznych na Kubie, który juz podczas poprzednich zakupów okazal sie byc wyjatkowo nedzny, chcielismy sobie kupic koszulki. Przejzelismy skromna oferte i, najpierw cierpliwie czekajac, pozniej dajac wyrazne znaki, a w koncu "psssykajac" dopominalismy sie asysty którejs/któregos z ekspedientek/ekspedientów, zajetych piciem browarów i flirtowaniem przy kasie. Gdy w koncu jeden z kolesi z ogromnej ekipy laskawie podszedl do nas, zapytalismy o wieksze rozmiary kilku modeli wystepujacych tylko pod literka "s". W odpowiedzi uslyszelismy tylko (!!!) "no"... i koles wrócil do imprezy.

Po chwilowym szoku, dalismy sobie spokoj z zakupami i wrócilismy do domu na, jak zwykle, pyszny obiad.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: