P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Kategorie: Wszystkie | Kino | Ksiazka | Kuba | Malta | Maroko | Meksyk | Muzyka | Podcasty | Stechlizna | Tierra caliente | Turcja | Zlewy
RSS
poniedziałek, 04 lutego 2008
Polska? Nie lubie juz Polski!

Tak uwaza co najmniej sto tysiecy Polaków mieszkajacych w UK. To jedna czwarta "oficjalnych". Kolejne sto piecdziesiat tysiecy planuje pozostac na Wyspach na blizej nieokreslona przyszlosc. Takie wyniki przynosi badanie przeprowadzone przez specjalistów od migracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Kierujaca badaniem Krystyna Iglicka, komentujac wyniki badan, nie pozostawia watpliwosci: "Jesli przyjrzymy sie wczesniejszym falom emigracji, zauwazymy, ze to zazwyczaj dopiero drugie pokolenie powraca do kraju".

Czy te wyniki powinny dziwic? Czy po trzech-czterech, a byc moze i dziesieciu latach pracy w UK, najczesciej (tego ukryc sie nie da, ale i nie ma powodu do wstydu) na najnizszych stanowiskach - w fabrykach, "na zmywaku", na farmach - mozna wrócic do Polski i zaczac normalne zycie? Owszem, zarobione pieniadze wystarcza na jakis czas. Byc moze wystarcza nawet na zakup mieszkania, lub budowe domu. Ale co dalej? Ktos powie: "otwórz wlasny interes", albo: "idz na studia... doksztalc sie". I znowu, czesc re-emigrantów pewnie tak wlasnie zrobi. Wiekszosc jednak pozostanie. Bo ile razy mozna zaczynac od poczatku?

Za kilka lat, kiedy w koncu naucza sie dziwnej angielskiej mowy i kiedy wtopia sie juz na dobre w wieloetniczny krajobraz Wyspy, byc moze zostana superwajzorami, menedzerami. Czesc pokonczy róznego rodzaju kursy i z fabrcznych hal przeniesie sie za biurka. Ci najmlodsi (18-25 latkowie) i ci najambitniejsi rusza na tutejsze uczelnie, zeby pózniej zasilic zastepy kadr urzedniczych, pracownikow uslug, finansów, itp.

Nie mam zludzen. Poza garstka znajomych, którzy przyjechali na wyspy w scisle okreslonym celu (zarobic na dom, samochód, studia, podszkolic jezyk, itp) i na scisle okreslony czas, przytlaczajaca wiekszosc nie widzi sensu w powrocie. Zaczyna sie ferment. Ludzie maja dosc fabryk. Ale wbrew temu co moze wdawac sie oczywiste, nie mysla o powrocie. Ze swieca szukac takich, którzy nie szkola angielskiego (np. ja:-). Coraz czesciej przegladaja oferty miejscowych college'y. Ci z "fachem w rekach" odswiezaja umiejetnosci i szukaja zaczepienia u lokalnych professionals.

Jeszcze kilka lat i z "polskiej tanej sily robocej" zostanie garstka tych, którzy rzeczywiscie nic innego robic nie potrafia lub nie chca. Ok. Do tej grupy dorzucilbym jeszcze najstarsze pokolenie emigrantow. Tych calkiem odrzuconych przez polski rynek pracy. Ci czekaja tylko na emerytury, z których w Kraju zyc beda na godnym poziomie.

I hope you aren't one of them - zapytal mnie Rich z tym swoim wiecznie szyderczym usmieszkiem, pokazujac mi wyniki badan w "Daily Express". Of course NOT, for fuck sake! - odpowiedzialem. Ale moja pewnosc z dnia na dzien topnieje. Moze do ziemii obiecanej wiele Wyspom brakuje, ale przy odrobinie dobrych checi i odpowiedniej motywacji da sie tu wiele zrobic.

A Polska? 200-300 lotów tygodniowo wystarczy, by nie zapomniec jezyka, smaku bigosu, zoladkowej gorzkiej i urody polskich dziewczat...

[wyniki badan za: At least 100,000 Poles 'planning to stay for good', "Daily Express" z 19.01.2008]

wtorek, 23 października 2007
nie glosowalem...

...i po raz pierwszy w zyciu wstydze sie z tego powodu. Jestem zdeklarowanym @narchista i kazdy rzad, kazdy parlament, kazdy prezydent jest mi wrogiem. Niewazne pod jakiego koloru flaga kryja sie politycy, nigdy im nie zaufam.

Jeszcze w Polsce w pelni swiadomie bojkotowalem wybory, choc nieraz korcilo mnie by jednak w jakis sposob zaznaczyc swoja obecnosc. Z trudem, ale jednak sie powstrzymalem.

Na emigracji jest to jeszcze prostsze. Wymowka o trudnosciach zwiazanych z glosowaniem jest skuteczna. Nie mieszkam w Londku, Edynburgu, Manchesterze, ani nawet na Wyspie Jersey. Mieszkam na zupelnym zadupiu i tego sie trzymam:-)

Tym razem nosilo mnie jak nigdy. Nie zebym szczegolnie wspieral PO, LiD, czy ktorakolwiek z partii. Jak wiekszosc Polakow mialem juz po prostu dosc idiotow przy wladzy. Malem dosc wstydu i tlumaczenia angielskim znajomym, ze polski rzad, ze swoimi wyskokami, reprezentuje znikoma, choc glosna czesc spoleczenstwa. Ze w gruncie rzeczy jestesmy normalnymi ludzmi i nie boimy sie teletubisiowej gejowskiej propagandy.

Dalem dupy... Nie chcialo mi sie nawet zarejestrowac. W innych okolicznosciach mialbym to (tradycyjnie) gdzies. Niech maluczcy sie bawia i wierza, ze maja wplyw na losy swiata. Ale teraz chodzilo o cos wiecej...

Kurwa... Nie mam slow zeby powiedziec co czuje. Wlasne przegladalem zdjecia z niedzielnego glosowania (niestety wczoraj BT uprzejmie odcielo mnie na caly dzien od sieci). Wierzcie lub nie, ale, jak mawial Fedaczek "lzy wzruszenia zalaly mi oczy";-). Mam klucha w gardle i czuje sie jak ostatnia sciera. Przepraszam wszystkich, ze nie dolozylem sie do tego zwyciestwa. Zwyciestwa rozumu nad kompleksami. Zwyciestwa zdrowego rozsadku nad slepa nienawiscia. Zwyciestwa poczucia wspolnoty i odpowiedzialnosci nad podzialami na "my i oni". Zwyciestwa Polski w Europie nad Polska w... jakiejs bezsensownej prozni.

Tych wyborow nie wygrala Platforma. Nie wygrala ich tez Polska. Nie ludze sie, ze "teraz bedzie dobrze". Za kilka tygodni okaze sie, ze koalicja PO i PiS jest jednak, mimo tylu wykrzyczanych slow, mozliwa. Ze niedawni wrogowie, teraz beda sie do siebie szczerzyc i sciskac. Te wybory wygrali wszyscy Ci, którzy uwierzyli, ze ich glos moze cos zmienic... Polacy.

Ja w ramach pokuty, informowany na biezaco o przebiegu akcji w Kraju (dziekuje Ci jak-nie-wiem-co Gabi:-), wyedukowalem jednego z moich workmate'ów na temat polskiej polityki - od zaborow po znaczenie wczorajszych wyborow:-)

Raz jeszcze - wielkie sorrki...

wtorek, 19 czerwca 2007
Tykes, Geordies, Scourses, Yam-Yams, Jogs, Sheep Shaggers... czyli o czym ty do mnie rozmawiasz mate?

Jeszcze jeden wpisik zwiazany z przywolanym tekstem.

Oprócz watków sensacyjnych i oczywistych wpadek wynikajacych z niewiedzy, wielu mieszkajacych na Wyspach Polakow zbulwersowala "angielsko-irlandzka mieszanka jezykowa", o której pisze Jacek Kowalski.

O tym, ze jezykiem urzedowym na obu wyspach jest angielski pisac nie trzeba. Ale jaki to angielski, zaslugiwaloby pewnie na calkiem powazne opracowanie naukowe (i pewnie niejedno takowe powstalo).

Przed przyjazdem do UK wydawalo mi sie, ze calkiem dobrze radze sobie z jezykiem Szekspira. Pierwsze spotkanie z Londynczykami (na lotnisku), juz w pierwszej godzinie pobytu na wyspie, nadwatlilo ten poglad. Po dwoch latach w Hereford (West Mercia), musze go calkiem zweryfikowac i uznac, ze "troche mówie".

Ta krótka lista w tytule, to, w kolejnosci, okreslenia mieszkancow Yorkshire, Newcastle-upon-Tyne, Liverpoolu, Birmingham, Szkocji i (jakze slodkie;-) Walii, uzywane przez moich locals, dumnie nazywajacych sie Herefordians. Tutejszy akcent jest masakryczny i porównalbym go do najbardziej wiejskiego akcentu texanskiego, znanego z westernów. Yam-Yams... coz nazwe zawdzieczaja wlasnie swojemu akcentowi, wiec latwo sobie wyobrazic, a trudniej zrozumiec. O Tykes'ach i Geordies'ach nawet nie wspominam. Spragnionym polecam "Golo i wesolo" albo "Orkiestre". Bez napisów (angielskich) nie jestem w stanie zrozumiec wiekszosci dialogow... Uoj!?! Duna andestan majt? ;-) Walijczycy, o ile nie maja kaprysu mowic w swoim ojczystym jezyku (ktory nota bene Anglicy porównuja do polskiego;-), "spiewaja" jak nasi kresowiacy. No i w koncu Szkoci... Ehhh... Podczas ostatnich wakacji w Istambule poznalem bardzo mila parke z... Ednbrra. Dlugo myslalem i nic nie wymyslilem. Dopiero Denice, Amerykanka i jednoczesnie ladniejsza polowa wspomnianej pary wyjasnila mi, ze jej malzonek pochodzi z Edynburga. Po trzech dniach sie przyzwyczailem;-)

Mówienie o mieszankach czy osobnych jezykach byloby oczywiscie naduzyciem, ale fakt, ze sami Anglicy maja problem ze zrozumieniem siebie wzajemnie mówi wiele. A wszystkim tym, ktorzy nazwa mnie debilem-nieznajacym-angielskiego polecam rozmowe z Rickim, moim workmate'em. Przez mniej wiecej rok uczylem sie go rozumiec, a obecnie jestem juz na etapie jakichs 70%.

Z drugiej strony, my Polacy tez coraz czesciej mieszamy polski z angielskim. Nie widze w tym nic zlego dopóki nie przybiera to karykaturalnych form jak np ten znaleziony w komentarzach pod artykulem: "luknij bez lindol czy kara stoi". Ja tam coraz czesciej chodze do "ofisu" i na "bas stejszyn", place "inszuransa" i "taks", a "pejslipa" dostaje bez "owerów", bom za leniwy by je robic... no i jak znalazlbym czas, zeby cos pisac?
Polak buntuje Polakow?

Wielkie poruszenie wsrod rodaków, zarówno tych mieszkajacych w kraju, jak i tych, ktorzy za chlebem ruszyli na Wyspy (dla niezorientowanych, o ile jeszcze sie tacy zdarzaja: tym wspólnym mianem okresla sie Wielka Brytanie i Irlandie) wywolal ostatnio artykul Jacka Kowalskiego "Polak buntuje Irlandie", opisujacy historie kilku Polaków pracujacych na Zielonej Wyspie, ktorzy na skutek skumulowania sie roznych nieprzyjemnych okolicznosci postanowili zastrajkowac. Dodam, zastrajkowac w pelni legalnie i z poparciem zwiazku zawodowego.

Cóz wywolalo tak wielkie poruszenie (w tej chwili pod artykulem znajduje sie przeszlo 170 komentarzy, w tym wiele dosc rozwinietych)? Po pierwsze: "Kto puscil takie cos do gazety?; po drugie: "Skad ten koles czerpie takie niesprawdzone informacje?"; po trzecie: "To nieprawda! Na Wyspach jest raj! Wszyscy pracujemy w fajnych firmach, zarabiamy duze pieniadze, a miejscowi sa kochani!"; po czwarte, nawet jesli nie jest tak jak w punkcie trzecim; to: "Co to za idioci, kretyni, nieudacznicy...?". Pozostale zarzuty daloby sie podciagnac pod którys z wymienionych, wiec nie bede ich mnozyl.

Do dwóch pierwszych zarzutów ustosunkuje sie jako dziennikarz (byly czy nie to kwestia dyskusyjna;-), do dwóch pozostalych jako emigrant z przeszlo dwuletnim stazem.

Wolnosc Tomku w swoim... portalu

Wiekszosc komentujacych, w tym jedna z moich ulubionych blogowych kolezanek, boleja nad jakoscia tekstu, jego rzeczowoscia, stylem, podejsciem do tematu, itp. Coz, ciezko sie nie zgodzic, ze tekst robi wrazenie. Negatywne, czy pozytywne, to juz zalezy od poczucia smaku, a de gustibus non disputandum est (chyba;-).

Czytelnicy zapominaja jednak o jednej podstawowej zasadzie, która dzieki bogu, lub konstytucji, obowiazuje w Polsce. Ta zasada jest wolnosc prasy, a jak mawial Abott J. Liebling, wolnosc ta "jest zarezerwowana dla jej wlascicieli". Mowiac krotko, kazdy ma prawo pisac to co mu sie zywnie podoba. Portal Gazeta.pl jest w tej komfortowej sytuacji, ze jest na rynku potentatem i moze sobie pozwolic na puszczanie materialow kontrowersyjnych. Na marginesie dodam, ze portal i papierowa "Gazeta Wyborcza", na która sypia sie gromy za tekst, to dwie rozne firmy, choc naleza do tego samego medialnego koncernu.

Prawdziwa historia. Wydarzenia, ktore poruszyly rowniez media irlandzkie. Powazny problem, ktory predzej czy pozniej musial wyplynac na wierzch. Mit cudownej bezstresowej emigracji powoli sie rozpada. Mozna bolec nad jezykiem bohaterów. Mozna bolec nad ich ignorancja, ale kolega Kowalski zrobil swoje. Pojechal, zobaczyl, opisal i zrobil sensacje. Zgodnie z zasada dzialania kazdego medium wykonal swoja prace na medal. Licznik odwiedzin zaszalal. Na forum sie zagotowalo. Portal podniesie stawke za reklame na stronach dotyczacych pracy za granica. Tylko pozazdroscic skutecznosci! ;-)

Zupelnie inna sprawa jest przygotowanie merytoryczne autora tekstu. O tym ze geografia nie jest najmocniejsza strona dziennikarzy zajmujacych sie pisaniem o wyspach wiadomo nie od dzis. Poddublinski Cork, to tylko jeden z przykladów. Lista miast, które zmienily swoje polozenie na mapie wystarczylaby na calkiem dlugi indeks. Ja sam dowiedzialem sie ostatnio, ze mieszkam na przedmiesciach Birmingham, a zeby tego bylo malo autor tekstu pomylil nazwe miasta z nazwa powiatu. Takie niedopatrzenia sa niedopuszczalne. To nie jakas tajemna wiedza. Kazdy moze zerknac na mape.

Równie niewybaczalne sa bledy wynikajace z nieznajomosci przepisow i zasad obowiazujacych na Wyspach. Od tych w tekscie Jacka Kowalskiego az sie roi. A wystarczy zadzwonic do pierwszej lepszej agencji zatrudnienia, gdzie na pewno znajdzie sie ktos mowiacy po polsku by dowiedziec sie podstaw. Nie wspominajac juz o tym, ze w kazdym social security office i jobcenter (przynajmniej w UK) leza sterty ulotek, z których mozna dowiedziec sie niemal wszystkiego na temat prawnych aspektow emigracji. Takie dane moglyby przydac sie do powazniejszych analiz, ale redaktor Kowalski wyraznie woli chodzic na skroty.

Bledów w podawanych liczbach nawet nie chce mi sie komentowac... Jeszcze kilka miesiecy i okaze sie, ze w Polsce zostal tylko rzad i redakcja Gazeta.pl.

Wyspy szczesliwe?

Czasem sie zastanawiam, czy rzeczywiscie naleze tej niewielkiej, niemal nieistniejacej, garstki emigrantów, ktorym najzwyczajniej w swiecie zycie w UK nie pasuje? Czy tylko ja dostrzegam absurdy tego kraju? Rasizm? Codzienna dyskryminacje? Ignorancje i arogancje Anglikow (bo tylko na ich temat moge sie wypowiadac)?

Od poczatku pobyt na Wyspach traktuje jako przystanek do dalszej drogi. Jestem tu tylko dla kasy, wiec na teksty w stylu "nikt cie sila nie trzyma" odpowiadam: jeszcze chwila... kilka lat i spadam. Nie zmienia to jednak faktu, ze nikt nie ma prawa wyzywac mnie od "pierdolonych polskich idiotów". Nikt nie ma prawa wysylac mnie do pracy, której Anglik robic nie chce, w sytuacji kiedy pracujemy na identycznych zasadach. Nikt nie ma prawa drwic ze mnie tylko dlatego, ze nie zrozumialem czegos wypowiedzianego angielskim, ktory nie ma nic wspolnego z tym, jakiego uczylem sie w Polsce.

Róznica miedzy mna a chlopakami z hurtowni opisanej przez Jacka Kowalskiego, polega na tym, ze ja od samego poczatku sie stawam. Srednio raz w miesiacu mam ostre spiecia z menedzerem. Zazwyczaj racja jest po mojej stronie i po kilku godzinach dasów menago wraca sie podlizywac. Fakt podwójnych standardów dla nas, Polakow i miejscowych jest jednak oczywisty i ani falszywe usmieszki, ani dobijajace i wszechobecne "olrajt?" nie sa w stanie tego zatuszowac.

Kolejny hicior milosnikow wyspiarskiego zycia, to swietlane perspektywy i mozliwosc wybicia sie w tzw wyuczonym zawodzie. Jasne, wierze, podziwiam i gleboko, acz pozytywnie zazdroszcze tym, którym sie udalo zalapac w bankach, biurach projektowych, przychodniach, itp. Ale ilu takich znajdzie sie wsród kilkuset tysiecy emigrantów (na obu wyspach tyle sie nazbiera;-)? Sto? Dwiescie? Piecset osób? Kropla w morzu! Najczesciej sa to specjalisci, ktorym i w Polsce jako tako by sie powodzilo. Niestety, dziennikarze na calym swiecie zarabiaja marnie (a wymagania wobec nich, jak widac, sa ogromne;-)

A jednak probowalem! Kiedy przeszlo dwa lata temu przyjechalem do UK, pierwsze kroki skierowalem do wszystkich lokalnych redakcji. Po tej wycieczce czulem sie jak zyrafa, lub inne egzotyczne zwierze. W oczach osób, z ktorymi rozmawialem widzialem ogromny znak zapytania: "czego on tu chce?". Ok. Moze bylo za wczesnie? Wtedy bylo nas tu "raptem ze dwiescie tysiecy". Odczekalem i juz konkretniej zapukalem do lokalnego tygodnika (szosty pod wzgledem nakladu w UK), z propozycja stworzenia polskiego dodatku. "Excellent idea" dowiedzialem sie od pani naczelnej, "get in touch"... No i "taczuje"... Szkoda, ze tylko w jedna strone.

Do tej listy cudownosci oferowanych przez brytyjsko-irlandzki raj dodalbym jeszcze coraz czestsze pobicia i akty jawnego, brutalnego rasizmu z jakimi spotykaja sie emigranci z "nowej unii", ale wtedy pewnie zostalbym oskarzony o dramatyzowanie i przejaskrawianie pojedynczych wyskoków.

Moze tu wlasnie tkwi odpowiedz na pytanie postawione przez brytyjskich badaczy "dlaczego emigranci z nie integruja sie z miejscowymi?". Znów posluze sie swoim przykladem. Poza kolegami z pracy, mam jednego (!!!) brytyjskiego znajomego. Wprawdzie jest pól-Cyganem pól-Irlandczykiem, ale paszport ma brytyjski, wiec naukowcy byliby usatysfakcjonowani. Poza tym na imprezach przewijaja sie ludzie z najdziwniejszych zakatkow swiata, a ja uchodze za osobe raczej towarzyska. Z angielskim tez nie mam probemów. Czyzbym mial alergie wlacznie na tubylców? A moze to oni nie chca bratac sie z nami?
środa, 25 kwietnia 2007
szczyt bezczelnosci...

wlasnie uslyszalem/przeczytalem...

szczyt bezczelnosci?
zaglosowac na PiS i wyjechac do Londynu....
... bajka :-)

na szczescie ja nie glosowalem... no i zawsze Hereford to nie Londyn ;-)
 
1 , 2
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: