P o d r ó ż e . . . . . te samolotami, autobusami, samochodami... i te w codziennym życiu... no i, oczywiście, podróże literackie, filmowe i muzyczne...
Kategorie: Wszystkie | Kino | Ksiazka | Kuba | Malta | Maroko | Meksyk | Muzyka | Podcasty | Stechlizna | Tierra caliente | Turcja | Zlewy
RSS
niedziela, 18 czerwca 2006
Podróż i pierwsze dni w Meksyku

Lot z Warszawy do Londynu (22.10.2003 - 7:30) stanowił (prawie) przyjemność. Miałem trzy fotele tylko dla siebie, ale za to nie dawali drinków. Tylko "śniadanie", na które składała się prawie zamrożona bułka z jakimś niezidentyfikowanym mięsem.

Sam lot dla takiego nuworysza podniebnych przygód jak ja, to naprawdę niesamowite przeżycie. Szczególnie, kiedy z prawie mrocznej Warszawy, przebiliśmy się na słoneczną Antarktydę. Dokładnie tak wyglądają chmury od góry.


Sloneczna Antarktyda

Londyn to już dłuższa historia. Okęcie to żart, niewielka szopka, w porównaniu z Heathrow. Całe warszawskie lotnisko jest wielkości może 1/4 jednego terminalu w Londynie. Jednak wbrew obawom, bez najmniejszych problemów udało mi się znaleźć mój terminal i mój samolot (zawiózł mnie tam specjalny autobus, który po wąskich uliczkach lotniska jeździł z prędkością światła.

Jak tylko dotarłem do mojego terminalu, oczywiście spotkałem rodaków. Pierwsza była młoda doktorantka z Krakowa (Laura), która nie dość, że nie grzeszyła urodą (wybacz jeśli kiedykolwiek znajdziesz się na tej stronie i przeczytasz te słowa), była strasznie przestraszona. Jako że była wegetarianką, połowę jej podręcznego bagażu stanowiły marchewki, którymi i mnie częstowała. Leciała do USA (Chicago i później jeszcze dalej). Zaraz po niej spotkałem dwie ekipy Polaków wybierających się do Meksyku. To zadziwiające jak mili potrafią być dla siebie Polacy za granicą. Jedna grupka, grupka studentów, wybierała się zupełnie "na dziko" na Jukatan i do Chiapas (byli chyba z Brodnicy), a druga (dwóch ciężko przestraszonych, ale przesympatycznych prostaczków z Poznania, którzy ni w ząb nie znali ani angielskiego, ani hiszpańskiego) spełniała właśnie swoje marzenia z dzieciństwa o podroży do Meksyku.

Przelot z Londynu do Ciudad de México to był dopiero koszmar. Jeszcze przed startem w samolocie wysiadła klimatyzacja, więc wszyscy siedzieli jak sardynki w puszce i pocili się jak szczury. Ze mną nie było inaczej. Śmierdziałem więc jak cap, na najgorszym z możliwych miejsc w Jumbo Jet`cie (w środku środkowego rzędu), pomiędzy jakimś bogatym, młodym Meksykaninem, z którym przegadałem prawie cały lot (wierz mi, że myślenie po angielsku, na wysokości 10000 metrów, po kilku latach nieużywania języka i nieprzespanej nocy przychodzi z trudem) i parką Niemców, którzy przez prawie cały dwunastogodzinny lot nie odezwali się ani słowem (do siebie także).

Żarcie w tym samolocie było gorsze nawet od na wpół zamrożonej bułki serwowanej na trasie Warszawa-Londyn. Coś, co zamawiałem jako kurczaka, było tylko czymś, co nosiło tę górnolotną nazwę. Ani nie wyglądało, ani tym bardziej nie smakowało jak kurczak.


Aeropuerto Internacional Benito Juarez

Po 12 godzinach katorgi wylądowałem w Ciudad de México (22.10.2003 - 18:30). Lotnisko fajne. Małe i "łatwe w obsłudze" (Aeropuerto Internacional Benito Juarez), ale obsługa niezbyt łatwa dla przylatujących. Zanim wpuszczą cię do Meksyku, musisz wypełnić 3 formularze emigracyjne (wszystkie oczywiście po hiszpańsku), w które wpisujesz te same dane i kiedy podchodzisz do bardzo wesołego pana w jednym z okienek, ten ze szczerym uśmiechem wyrzuca te papierki zostawiając sobie tylko KAWAŁEK jednego (drugi kawałek jest dla ciebie).

Przy powrocie z Meksyku okazało się, że ten fragmencik papieru jest niezwykle ważny. Jest to bowiem potwierdzenie urzędu imigracyjnego, które TRZEBA oddać przy wyjeździe. Inaczej można wcale nie wyjechać (chyba nie protestowałbym zbyt zajadle:-). Ja, z mojej wrodzonej miłości do wszelkich papierków, zachowałem sobie ten świstek na pamiątkę. Całe szczęście. Wprawdzie w dwie minuty musiałem przepakować plecak, żeby znaleźć maleńką karteczkę, ale się udało.

Bałem się, że w Meksyku będą chcieli dokładnie sprawdzić mój bagaż, ale nic podobnego. Wcześniej, jeszcze w samolocie, dostałem formularz deklaracji celnej (po hiszpańsku oczywiście; pomógł mi mój nowy przyjaciel z Morelii). W tej deklaracji napisałem (oczywiście zgodnie z prawdą), że nie mam nic do oclenia. Więc, kiedy tylko odebrałem swój bagaż (a zapomniałem napisać, że do wesołego pana od formularzy emigracyjnych stałem godzinę!!!), i podszedłem do wyjścia, moje zdziwienie przeważyło nawet zmęczenie po 18 godzinach podroży. Jakaś pani w mundurku wzięła moją deklaracje, sprawdziła, co mam do oclenia i poprosiła żebym nacisnął guzik… I to wszystko. Może ten guzik sprawdza prawdomówność… Nie mam pojęcia, ale zadziałał i już byłem w Meksyku.

Już w Polsce dowiedziałem się, że właśnie na tym polega wybiórczość sprawdzania pasażerów, którzy nie deklarują nic do oclenia. Jeśli po naciśnięciu guzika zapali się zielone światło, to, jak na ulicy, przechodzisz, jeśli czerwone... cóż... Ja miałem szczęście.

Na lotnisko Mario przyjechał po mnie, tak jak obiecał, w czerwonym scout'owskim mundurku (w lipcu 2003 roku, Mario był w Polsce na zaproszenie Rotary, właśnie jako przedstawiciel meksykańskich scout'ów; wtedy też poznaliśmy się) i wraz z prawie całą familią (papá Sergio przygotowywał w domu kolacje) i dwoma kolesiami (teraz wiem, że byli to Alan i Raúl). Wszyscy (7 osób - słownie siedem), plus moje bagaże, zapakowaliśmy się do małego Chyslera coupé i ruszyliśmy w miasto.

W Ciudad de México nie ma ruchu ulicznego, tu są tylko korki. Nie ma żadnych zasad. Większość samochodów jeździ na awaryjnych światłach i ciągle trąbi. Bardzo ciekawie doświadczenie;-)


Ruch uliczny na Eje Central

W domu Mario (żaden luksus, ale i nie speluna - osobiście bardzo mi się podoba) czekał na nas ojciec z kolacją. Sopes z dodatkami. Chyba przestanę lubić fasole, kiedy wrócę do Polski. Jest jej tu zbyt wiele. Generalnie jednak jedzenie może być. Po kolacji ja musiałem pić tequilę, a papá Sergio, mamá Maribel i brat Sergia - Enrique, pili polską wódkę (twierdzili, że jest dobra, ale chyba tylko z grzeczności).

Później, podczas mojego kilkutygodniowego pobytu, jeszcze kilkakrotnie miałem okazję przekonać się, że tak naprawdę polska wódka zdecydowanie im nie smakuje. Szczególnie, że moi meksykańscy przyjaciele za nic nie chcieli dać sobie wytłumaczyć, że trzeba ją pić schłodzoną i zapijać lub zagryzać.


Widok na Zócalo

Kiedy już odespałem swoje (a wierz mi, że ta wysokość i ciśnienie rzeczywiście mają znaczenie; pierwszy papieros po locie omal nie zwalił mnie z nóg), czyli o 12 tutejszego czasu, ruszyliśmy z Mario na Plac Zócalo (23.10.2003). To najważniejsze miejsce w México. Mieliśmy niestety mało czasu, więc zobaczyłem tylko plac. Nic więcej. Jutro wracamy tam zwiedzić muzea. Przy okazji wymieniłem kasę po, jak się okazało, bardzo dobrym kursie i kupiłem kilka koszulek w tym jedną zapatystowską od przedstawicieli "Zbuntowanych Ludów Autochtonicznych Chiapas" za 70 pesos (podobno to bardzo dużo). Kupiłem też małą zapatystkę robioną z "czegoś-tam". Inne suveniry obejrzę jutro. Wiem, że mają tu tanie koszulki (tanie, ale bardzo fajne) po 100 pesos za 3 sztuki!!!

Po krótkim zwiedzaniu okazało się, że jesteśmy umówieni z Jesusem Rafaelem Martinezem Garcią z tutejszego Rotary Clubu, w restauracji serwującej owoce morza. Moja miłość to tej strawy jest równie wielka jak do kurczakopodobnego żarcia z samolotu, więc podziękowałem uprzejmie i zjadłem tylko jakąś wielka rybę, której nazwy nie jestem w stanie odtworzyć.


Uliczna taqueria, czyli stoisko z tacos i innymi przekaskami

Z synami współwłaścicielki (Ricardo i Rodrigo - mają jeszcze siostrę Reginę) pospacerowaliśmy trochę po mieście. Miałem w końcu okazję spróbować najlepszego meksykańskiego piwa "Corona" (muszę powiedzieć, że nie zawiodłem się; smakuje całkiem jak piwo). Po wszystkim poszliśmy na tacos. To najważniejsze meksykańskie żarcie jest naprawdę niezłe. Chcieli mnie sprawdzić i zaproponowali mi najostrzejszy z sosów/dodatków i chyba byli rozczarowani, bo do ostrości szaszłyków mamy brakowało mu wiele. Ale generalnie tacos są smaczne (w końcu miałem okazję zjeść mięso:-).

Po powrocie do domu, musiałem oczywiście zjeść tradycyjną kolację (tym razem były to tortillę, które niczym nie różnią się od tacos i sopes), a później zasiąść do wódki i tequili. W małych ilościach da się znieść ;-)

I to na dzisiaj wszystko, więcej wrażeń nie miałem (chyba, że jazda metrem, które tutaj jest po prostu genialne. Jest BARDZO szybkie, jeździ wszędzie, jest czyste i podobno jest najbezpieczniejsze. Miałem też okazje jechać tutejszą "wieloosobową taksówką" - Taxi Microbuses Combi; taryfa: pierwsze 5 km - 2 pesos, 5-12 km - 2,50 pesos, powyżej 12 km - 3,50 pesos, taryfa nocna 4 pesos; to stary Volkswagen "ogórek" z drzwiami zamykanymi na sznurek. Ale podobno jeżdżą wszędzie i są tanie).

Poczatek

Witaj w Miescie Meksyk

no i zaczalem... po co?? nie mam pojecia... wszyscy pisza, to dlaczego ja nie moge:-)?
o czym bedzie ten blog?? zobaczymy... na razie musze cos zrobic ze starymi wspominkami z podrozy do Meksyku. jakis czas temu moje "dzienniki" byly juz w sieci, ale serwer, na ktorym sie znajdowaly padl i teraz sa tylko w moim kompie... a szkoda zeby sie zmarnowaly...


Mój "dziennik", tylko z nazwy jest dziennikiem. Zapiski, które możecie tu znaleźć, to e-maile, jakie wysyłałem do znajomych w Polsce.

Jako że dostęp do internetu miałem trochę ograniczony, nie pisałem codziennie, ale tylko wtedy, kiedy nadarzała się okazja. Dlatego poszczególne maile różnią się długością.

Na ten rozdział składa się kilkanascie maili (ok. 30 stron), ubarwionych zdjęciami i dopiskami już z Polski.

Czasami w trakcie podróży, a czasem już po powrocie do Polski zdawałem sobie sprawę z dość oczywistych błędów w moich obserwacjach. Celowo nie zmieniałem tych fragmentów, żeby w bardziej autentyczny sposób oddać stan mojego umysłu i ducha podczas tej eskapady.

I jeszcze małe usprawiedliwienie. Osoby nie znające mnie osobiście, mogą czasami odnieść wrażenie, że kpię sobie z Meksyku i jego mieszkańców. Nic bardziej mylnego. KOCHAM ten kraj i ludzi, a trochę ironii i sarkazmu dodaje tylko kolorytu tym zapiskom (a przynajmniej mam taka nadzieję).

Zapraszam do lektury.


| < Czerwiec 2006 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Ameryka Lacinska:
Blogi:
Español:
Fora:
Latanie:
Muzycy i zespoly:
Muzyka:
Wyprawy i podroze:
Wytwornie:
XxxxxxxxxxxxxxX
Zwierz na podgladzie: